Całe siedem tygodni. Dla mnie cała epoka niejeżdżenia autem, które weszło mi w krew. Patrzyłem na niego każdego dnia i płakałem, a on płakał nade mną. Zastygał w bezruchu, rdzewiał, od czasu do czasu wzbudzany do ruchu przez kolegę profesora z sąsiedztwa. Kontuzja nogi całkowicie uniemożliwiała prowadzenie auta i ledwo jako pasażer pakowałem się do auta.

Ledwo się do niego zapakowałem, co wymagało większej akrobacji, odpowiedniego ustawienia kierownicy i siedzenia, coś w stylu kierowcy rajdowego, ale dałem radę. Sam proces wsiadania za kierownicę trwał tak długo i karkołomnie, że dziwię się, że nikt mnie nie zakablował na policję. Bo ludzie patrzyli dziwnie.

Jechałem bezpiecznie, tylko dwójka i trójka. I byłem taki szczęśliwy! Każde kilka metrów przejechanych o własnych siłach cieszyły mnie jak dziecko.

Za dwa tygodnie Warszawa, za maks. dwa miesiące Rumunia! Precz z kolarstwem, nież żyje spalinowy automobilizm.

P.S. I. Niesamowite jak można cieszyć się z takich małych rzeczy, które wcześniej były normą i umykały uwadze.

P.S. II. Jak wejdę lewą nogą po schodach będę jeszcze bardziej szczęśliwy.