Wspomnienia z Norwegii cz. 2

Zdarzyło się akurat tak, że przyjechaliśmy do Norwegii po śmierci króla Haralda V, a przed jego pogrzebem, czyli w okresie narodowej żałoby.

Zawsze mi było trudno zrozumieć, jak można godzić współczesną demokrację z tradycyjną monarchią. Oczywiście w sensie formalnym można to zrobić bez trudu, racjonalnie dzieląc kompetencje ustrojowe pomiędzy monarchę i organy demokratyczne. Jednak bardziej chodzi mi tu o ideę, gdyż władze demokratyczne uzasadniają swoją pozycję wolą ludu i pochodzą z wyborów, a monarcha obejmuje urząd z racji urodzenia, na zasadzie dziedziczenia.

I niczego nie zmienia fakt, że kompetencje norweskiego króla zostały sprowadzone do funkcji reprezentacyjnej: tu mamy wolę ludu, a tam dobór naturalny. To coś w rodzaju rozdwojenia jaźni.

A jednak, patrząc na naszych polityków, zaczęła mi w głowie kiełkować myśl, że wcale nie chodzi o rolę ustrojową króla, ale o stworzenie punktu odniesienia dla polityki demokratycznej. Bo bez porównania każdego głupka można wykreować na wybitnego męża stanu. Trudniej jest zrobić coś takiego, jeżeli polityków demokratycznych można z kimś porównać. Monarchia w europejskich państwach demokratycznych jest więc tłem dla demokracji.

Oczywiście nawet w Norwegii każdy polityk może się nadymać po wygranych wyborach. Wystarczy go jednak postawić obok króla, aby zobaczyć jego rzeczywiste rozmiary i wskazać mu jego miejsce. Jeżeli Harald V cieszył się tak olbrzymią sympatią społeczną, to było coś w rodzaju ostrzeżenia dla polityków demokratycznych. Demokracja norweska nie mogła popaść w samozadowolenie, a politycy nie mogli udawać arystokratów, gdyż na tle monarchii byli prostakami.

Harald był skromnym człowiekiem i starał się żyć jak wszyscy inni Norwegowie. Miał te same przyjemności i radości, a być może również te same wady. Trzykrotnie reprezentował Norwegię na igrzyskach olimpijskich, rywalizując na równi z innymi sportowcami. Będąc monarchą z urodzenia, nie musiał się wywyższać.

Przedstawiciel norweskiej elity politycznej, który chełpiłby się swoją pozycją, tytułami i bogactwem, wyglądałby jak prostacki gbur na tle króla, który starał się dorównać ludziom. Przy takim porównaniu gbur pozostałby gburem nawet w jedwabnym garniturze i BMW. Myślę, że właśnie w ten sposób król norweski zyskał tak wielki szacunek społeczny.

Miałem więc okazję zobaczyć w Oslo tłumy Norwegów pragnących wyrazić szacunek dla zmarłego króla. Przed pałac królewski ciągnęły całe rodziny. Niektórzy na tę okazję założyli nawet tradycyjne bunady, czyli stroje narodowo-ludowe, jak suknia łowicka. Tylko u nas mało kto założyłby suknię łowicką, gdyż wstydzimy się swojej tradycji.

Morze kwiatów i płonących zniczy. Dziesiątki norweskich flag przyniesionych nie w wyniku zarządzenia administracyjnego, ale na znak szacunku dla króla. Norwegia nie jest w Unii Europejskiej. Nie było symboli UE, a pojedyncze symbole mniejszości seksualnych tonęły w morzu flag narodowych. Dziesiątki dziecięcych rysunków wyrażających autentyczny szacunek dla zmarłego króla. I zapłakani ludzie. W tej atmosferze rozpłakała się również pilotka naszej wycieczki, chociaż Polka. Poważnie.

I to mnie trochę zastanowiło i zmroziło. Nie chodzi o to, że nie ulegam zbiorowej egzaltacji. Mam taką wrodzoną ułomność, że mnie ona śmieszy. Więc nie nadaję się na członka masowych ruchów. Ale tym razem nie tylko o to chodziło.

Chodziło mi bardziej o to, że nam, Polakom, musi czegoś strasznie brakować, jeżeli płaczemy wraz z Norwegami po śmierci ich króla. I wydaje mi się, że brakuje nam w naszym życiu wzniosłości i wielkości. Bo odarliśmy Polskę z wielkości i poniżyliśmy wszystko, z czego powinniśmy być dumni. Zbudowaliśmy sobie wolne państwo małe i tandetne. Wystarczy więc, że zobaczymy u innych coś wzniosłego, i od razu lecą nam łzy z oczu.

Być może psychologia zna nazwę dla takiej ułomności: człowiek sam się okalecza, a następnie użala się nad sobą, że jest kaleką.