Czy grozi nam sejmizacja zebrań wiejskich?

Człowiek na starość robi się dziwny. Kiedyś wieczorami szukało się w telewizji dobrego filmu, jakiegoś meczu albo chociaż prognozy pogody na kolejny dzień, żeby wiedzieć, czy deszcz nie pogoni ze zbiorów. Dziś wygląda na to, że telewizja odchodzi do lamusa, a zastępują ją filmy dostępne w sieci internetowej. Krótkie filmiki, tzw. shorty, profesjonalne i amatorskie zastępują filmy telewizyjne, podcasty – programy publicystyczne, a różnego rodzaju stand-upy, czyli internetowe jednoosobowe występy parakabaretowe czy skecze jedno-dwuosobowe, zastępują telewizyjny kabaret, bo prawdziwy kabaret jest taki, że nawet aktorzy nie wiedzą, że grają w kabarecie.

Ale jest też coraz większa grupa osób, która poświęca swój czas, aby zaglądać za kulisy gminnej lub powiatowej polityki. Wielokrotnie byłem świadkiem poważnych dyskusji, a nawet sprzeczek przy stole na temat jednej czy drugiej wypowiedzi czy zachowania radnych podczas sesji samorządowych rad. Ponieważ jak wiadomo, sam mam dość spore doświadczenie samorządowe, postanowiłem sprawdzić, jak jest dziś na niwie powiatowo-gminnej.

Dlatego od jakiegoś czasu włączam w komputerze transmisje z sesji rad gmin. I to nie tylko mojej własnej czy własnego powiatu, ale z czystej, grzybowej ciekawości – z różnych rejonów kraju. Zaczynając swoje oglądanie, spodziewałem się różnych rzeczy, ale też miałem nadzieję, że podejrzę, jak ludzie gospodarują, jakie mają pomysły na łatanie dziurawych dróg po zimie, jak radzą sobie z wywozem śmieci czy wycinaniem zakrzaczeń przy rowach melioracyjnych. Ot, zwykłe, sąsiedzkie sprawy. Tyle że zamiast lokalnej gospodarności przeżyłem autentyczny szok. I od kilku dni chodzę tak struty, że nawet kawa pod jabłonią przestała mi smakować.

Oglądam te transmisje i przecieram oczy ze zdumienia. Zamiast dyskusji o budżecie słyszę jazgot, chamskie pyskówki, osobiste wycieczki i ordynarne machanie szabelką. Widzę radnego, który zamiast argumentów używa krzyku, i przewodniczącego, który z satysfakcją wyłącza oponentowi mikrofon w połowie zdania, bo akurat ma taką władzę. Widzę wójta, który na proste pytanie o stan gminnych finansów obraża się jak primadonna, i radnych, którzy tupią, pokrzykują i rzucają hasłami, od których włos się jeży na głowie. I żeby nie było, że przesadzam – widziałem na własne oczy sytuację, w której radny wstał, podszedł do stołu i zaczął wymachiwać wydrukiem jak maczugą, krzycząc, że „ma dowody na układ”. Przewodniczący wyłączył mu mikrofon, radny zaczął krzyczeć jeszcze głośniej, a wójt w tym czasie teatralnie odwrócił się tyłem do sali. To nie jest metafora. To jest zapis z kamery.

Nie muszę nawet jeździć daleko. Wystarczy, że włączę transmisję z sesji w mojej własnej gminie. Widziałem tam sytuację, która do dziś mi siedzi w głowie. Radny, którego znam dobrze, z którym fajnie rozmawiało się o pogodzie, życiu i cenach zboża, nagle wstaje i zaczyna krzyczeć do mikrofonu, że „tu rządzi układ” i że „ludzie już się nie dadzą”. Nikt nie pytał o asfalt, o szkołę ani o kanalizację. Pytali o to, kto komu jest winien i kto kogo zdradził. Po sesji wszyscy wyszli osobnymi drzwiami. I wiem, że następnego dnia część z nich musiała stanąć w tej samej kolejce po chleb z PSS-u. To już nie jest polityka. To jest rozpad sąsiedztwa na żywo.

I ze zdziwieniem patrzę, jak ci spokojni, sympatyczni ludzie, którzy grzecznie ze sobą rozmawiają przed sesją, bo przecież wszyscy dobrze się znają, w momencie kiedy włączy się kamera, nagle zmieniają się jak dr Jekyll w pana Hyde’a. I tu chyba leży jakaś część problemu.

I tu od razu muszę zrobić jedno zastrzeżenie, żeby nie było, że Stary Grzyb chciałby zamknąć wszystkim usta. Spór o to, czy drogę łatać tłuczniem czy asfaltem, czy szkołę remontować teraz czy za rok, czy śmieci wywozić w poniedziałek czy we wtorek – to jest sól samorządu. O to trzeba się spierać, czasem ostro. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zamiast sporu o drogę mamy spór o to, kto jest większym zdrajcą, a zamiast argumentu o budżecie – argument o tym, kto komu wyłączy mikrofon. Kłótnia o sprawę to demokracja. Pyskówa personalna to już sejmizacja.

Patrzę na to i myślę sobie: „Zaraz, skąd ja to znam?”.

No jasne, przecież to jest kropka w kropkę teatrzyk z Wiejskiej w Warszawie! Ta cała wielka, toksyczna polityka, te warszawskie koterie, te sejmowe bitwy na wyniszczenie, te telewizyjne awantury i brak jakiegokolwiek poszanowania dla dobra wspólnego – to wszystko zeszło na sam dół. Najpierw oglądaliśmy to w wielkiej polityce i dużych miastach. Potem coraz wyraźniej w powiatach. A teraz, proszę bardzo, dopadło nasze małe, ciche gminy. I tu warto powiedzieć jasno: to nie dzieje się samo. To nie jest „przypadek”.

Mechanizm jest prosty jak budowa cepa, tylko ma dwie nogi. Pierwsza noga to widowisko. Polityka centralna stała się widowiskiem. A widowisko zawsze migruje tam, gdzie są kamery. Skoro ustawodawca wstawił kamerę do każdej gminnej sali, to lokalni radni zaczęli grać w tę samą grę co ich idole z telewizji. To nie jest zarażenie poglądami, tylko zarażenie stylem.

Jest w tym jednak jeszcze coś więcej. Przykład płynie z góry i bardzo szybko staje się usprawiedliwieniem dla tych na dole. Skoro poseł może przed kamerami nazwać przeciwnika zdrajcą, kłamcą czy członkiem jakiegoś „układu”, skoro może przekrzykiwać drugiego posła, walić pięścią w mównicę i jeszcze dostać za to tysiące polubień, to lokalny radny zaczyna sobie myśleć: a niby dlaczego ja mam być grzeczniejszy? Jeżeli takie zachowanie w wielkiej polityce uchodzi za stanowczość, odwagę i „mówienie prawdy prosto w oczy”, to po kilku latach zaczyna być traktowane jako normalny sposób uprawiania polityki również w gminie. I w ten sposób chamstwo nie tylko schodzi z góry na dół. Ono dostaje jeszcze pieczątkę: „tak się dziś robi politykę”.

Druga noga to upartyjnienie. Kiedyś w gminie startował Kowalski i Nowak. Sąsiad przeciw sąsiadowi, ale obaj od nas, z tej samej parafii i z tego samego sklepu. Dziś coraz częściej startuje „Kowalski – kandydat popierany przez partię X”„Nowak – kandydat popierany przez partię Y”. I już nie rozmawia z sąsiadem, tylko realizuje linię z powiatu, z województwa, z Warszawy. I tu nie chodzi o tę czy tamtą partię, bo wirus nie ma legitymacji partyjnej. Widziałem to po obu stronach stołu. Chodzi o to, że warszawski podział wchodzi tam, gdzie go nigdy nie było – do remizy, do rady sołeckiej, do kolejki po chleb.

Zastanawiam się tylko nad jedną rzeczą, i to jest pytanie, które spędza mi sen z powiek: skoro ta zaraza pełznie tak systematycznie w dół, to kiedy pojawi się w sołectwach i radach sołeckich? Czy już niedługo na zebraniu wiejskim w remizie strażackiej, zamiast radzić nad zakupem nowego węża dla ochotników albo tłucznia na wyboje, sąsiedzi zaczną skakać sobie do gardeł? Czy przy wiejskim stole będziemy wyzywać się od „agentów”, „zdrajców narodu”„obrońców skorumpowanej kasty”? Czy wybór sołtysa będzie wymagał zatwierdzenia przez partyjny komitet z powiatu?

Co się, do jasnej cholery, z nami dzieje? Czy my po prostu zbiorowo chamiejemy?

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że z naszego życia publicznego – również tego lokalnego – całkowicie zniknęła kategoria wstydu i obciachu. Kiedyś, w czasach mojego ojca, a nawet jeszcze w mojej młodości, istniał prosty mechanizm społecznej kontroli. Jak radny na wsi zachował się po chamsku, jak nakłamał, jak splunął na sąsiada z innej opcji albo bezczelnie kręcił lody dla własnej rodziny, to w poniedziałek rano w sklepie spożywczym nikt mu nie podawał ręki. W niedzielę w kościele ludzie odsuwali się od niego w ławce, a sąsiad przez płot nie mówił mu „dzień dobry”. Był potężny, społeczny hamulec: wstyd przed opinią własnej wspólnoty. A dziś? Dziś ten hamulec zniknął, bo wspólnota została rozbita na plemiona. Każde plemię ma swoją stronę na Facebooku, swój czat, swoje memy i swoje „prawdy”. Radny nie boi się już wstydu, bo wie, że jego plemię go obroni – niezależnie od tego, co zrobi. Wstyd działa tylko wtedy, gdy istnieje jedna wspólnota. A my mamy już trzy, cztery, pięć wspólnot w jednej gminie.

A dzisiaj to chamstwo dostało potężne paliwo.

Tym paliwem, paradoksalnie, stała się ta nieszczęsna technologia, o której już nieraz pisałem. Ustawa nakazała transmisje sesji w internecie, żeby było uczciwie i jawnie. I słusznie – sama jawność jest dobra, bo widać czarno na białym, kto jak głosuje i co mówi. Tyle że przy okazji wyszło coś, czego nikt nie przewidział. Parcie na szkło. Taki lokalny radny nie mówi już do swoich kolegów przy stole, żeby ich przekonać do mądrego pomysłu. On mówi „do kamery”. Produkuje chamskie widowisko, bo wie, że im głośniej krzyknie, im bardziej kogoś upokorzy i im większą awanturę wywoła, tym większe zbierze zasięgi na swoim Facebooku. Jego lokalne plemię polityczne natychmiast rozłoży nad nim parasol ochronny: „O, patrzcie, jak nasz bohater walczy z układem! Dobrze im powiedział!”. Chamstwo przestało być obciachem – stało się synonimem odwagi i przepustką do kolejnej kadencji. I tu jest sedno sprawy: jeśli chamstwo staje się nagradzane, to chamstwo zaczyna się opłacać. A jeśli zaczyna się opłacać, to będzie go coraz więcej. To nie jest tylko kwestia dobrego czy złego wychowania. To mechanizm, który bardzo szybko uczy ludzi, co się opłaca.

I tu dochodzimy do pytania, którego w tym eseju jeszcze nie postawiłem, a które jest najważniejsze: kto klika? Bo przecież ten teatrzyk nie działa w próżni. Sprawdziłem z ciekawości: dwie godziny merytorycznej dyskusji o budżecie ma na YouTube 17 wyświetleń. Dziesięć minut awantury z wyłączaniem mikrofonu i machaniem wydrukiem – dwa tysiące. To my, widzowie, też głosujemy. Kliknięciem, udostępnieniem, komentarzem „dobrze mu powiedział”. Jeśli nagradzamy krzyk, to będziemy mieć coraz więcej krzyku. Jeśli nagradzamy rozmowę, może wróci rozmowa.

Bo pytanie, kto najbardziej napędza ten mechanizm, nie ma jednej prostej odpowiedzi. Radni produkują widowisko, bo wiedzą, że krzyk się opłaca. Widzowie nagradzają to kliknięciem i komentarzem „dobrze mu powiedział”. A system partyjny dostarcza gotowe scenariusze i parasol ochronny. Każdy dokłada swoją cegiełkę. Ale najgroźniejsze jest to, że wszyscy trzej – radny, widz i partia – zaczynają grać w tę samą grę. I nikt już nie pyta, czy ta gra nie niszczy tego, co miało być chronione: lokalnego zaufania.

Kiedy wielka polityka wkracza do małego miasta, niszczy coś znacznie cenniejszego niż tylko budżet. Niszczy zaufanie. W Warszawie politycy po wyzwiskach w studiu telewizyjnym wsiadają w swoje limuzyny i rozjeżdżają się do strzeżonych osiedli. Oni nie muszą na siebie patrzeć. Ale w małej gminie ci zwaśnieni ludzie muszą jutro spotkać się na wywiadówce w szkole, stanąć w tej samej kolejce po chleb i żyć obok siebie przez kolejne trzydzieści lat. Jeśli pozwolimy, by ten wirus nienawiści i klanowości zniszczył nasze małe ojczyzny, to odbudowa potrwa pokolenia. Bo zaufanie lokalne nie wraca szybko – ono wraca dopiero wtedy, gdy ludzie znów zaczynają ze sobą rozmawiać, a nie krzyczeć. A do rozmowy trzeba dwóch stron. Do krzyku wystarczy jedna.

Może i pitolę jak Stary Grzyb, któremu tęskno do dawnych, prostszych czasów. Ale to nie jest nostalgia – to jest ostrzeżenie. Bo jeśli nie opamiętamy się na poziomie gminy, to za chwilę w tej naszej remizie nie będzie już czego zbierać.

I dlatego tak mocno zapadła mi w pamięć gala konkursu „Małopolska Wieś” w Krakowie, na której byłem osobiście, odbierając z Panią Sołtys wyróżnienie dla naszej wsi. Tam, wśród 66 sołectw, zobaczyłem coś zupełnie odwrotnego. Ludzi, którzy mimo różnic potrafią zrobić coś razem – dożynki, festyn, remont kapliczki, kronikę, film o swojej wsi. Pani sołtys Roczyn napisała potem: „To wyróżnienie jest nasze wspólne”. I właśnie w tym „nasze wspólne” siedzi cała nadzieja. Bo dopóki w remizie da się jeszcze usiąść przy jednym stole i dogadać się w sprawie węża strażackiego albo tłucznia na drogę, dopóty wirus sejmizacji nie wygrał do końca. Są jeszcze miejsca, gdzie wspólnota nie została całkowicie rozbita na plemiona. I właśnie te miejsca trzeba chronić jak oka w głowie.

Pisałem już o tym mechanizmie w eseju O tym, jak Sztuczna Inteligencja uznała mnie za swojego. Tam pokazywałem go jako „korektę do normy” – nacisk, który wszystko, co zbyt dobre, zbyt oryginalne albo po prostu inne, próbuje sprowadzić do bezpiecznej przeciętności. Dziś widzę, że ta sama gilotyna uśredniająca działa także w polityce lokalnej. Zamiast własnego języka lokalnej wspólnoty dostajemy język Warszawy. Zamiast spierać się po swojemu o szkołę, drogę czy remizę, kopiujemy cudze wojny, cudze hasła i cudze podziały. I jeśli pozwolimy jej pracować dalej, utnie nam nie tylko lokalną odrębność, ale także resztki zdrowego rozsądku, który podpowiadał kiedyś, że z sąsiadem można się pokłócić o rów, ale następnego dnia trzeba mu jeszcze powiedzieć „dzień dobry”.

Jeśli pozwolimy, żeby wiejska remiza stała się małą Wiejską, to stracimy nie tylko samorząd. Stracimy sąsiedztwo. A sąsiedztwa nie da się potem odtworzyć ani ustawą, ani kampanią w mediach społecznościowych. Ono wraca dopiero wtedy, gdy ludzie znów zaczynają ze sobą rozmawiać, a nie krzyczeć. I właśnie dlatego ta zaraza jest tak niebezpieczna. Bo niszczy coś, czego nie widać od razu w budżecie – niszczy możliwość normalnego życia obok siebie.

A teraz idę sprawdzić, jak tam moje wróbli towarzystwo pod jabłonią. One przynajmniej, jak się kłócą o okruchy chleba, robią to z naturalnego głodu, a nie dla zasięgów w sieci i obrony własnej kasty.

Zbigniew Grzyb

z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

 

P.S.
Od 2010 roku moje życie zawodowe i miejsce zamieszkania związały mnie z trzema gminami: Andrychowem, Iwanowicami i Proszowicami, każdą w innym powiecie. Praca wymagała ode mnie stałego kontaktu z ludźmi, instytucjami i środowiskami tych terenów, a wiele znajomości zawodowych z czasem przerodziło się w zwyczajne, prywatne relacje. Spotykałem tam ludzi, których później widywałem na sesjach, zebraniach i innych samorządowych forach, na których również sam bywałem obecny. Wcześniej przez kilka lat mieszkałem i pracowałem także w Warszawie, a z racji pełnionej funkcji kierowniczej uczestniczyłem w różnych stołecznych konwentyklach, więc i tamte „pląsy” nie są mi całkiem obce. Dlatego dziś mogę powiedzieć, że w pewnym sensie wszystkie trzy gminy są także „moimi” gminami, a doświadczenie stołeczne daje mi dodatkowy punkt odniesienia. I właśnie z takiej, szerszej perspektywy patrzę na zjawiska opisane w tym eseju.