Sytuacja społeczno-polityczna jest taka, że osoby zorientowane światopoglądowo tak jak ja uważają, że nie ma większych różnic między wywłaszczeniem Polski z suwerenności poprzez przyjęcie zasady głosowania większościowego w UE a inkorporacją Białorusi przez Rosję w ramach kolejnych umów międzynarodowych pomiędzy tymi krajami.
Różnica jest wyłącznie w naszym stosunku do reżimów na wschodzie oraz w ich charakterystycznej brutalności, ale co do zasady jest to proces zupełnie podobny i mający podobne skutki w prawie międzynarodowym. Nominalnie Białoruś utrzymuje swoją „podmiotowość”, zachowuje znaki państwowe, itd. ale praktycznie wszystkie ważniejsze decyzje podejmowane są na Kremlu i muszą być zgodne z interesem Federacji Rosyjskiej. Białorusini, to mogą sobie kolor Łady wybrać, jeśli akurat ich na to stać, ale to wszystko. Demokratyczne współrządzenie jest czystą iluzją, kiedy siły i środki są w nieomal wyłącznej dyspozycji jednej strony, a to, że „Siła Renu” jest lepszym panem niż „Siła Syberii” nie stanowi wielkiego pocieszenia.
Opuszczenie jednej czy drugiej struktury jest możliwe wyłącznie teoretycznie – wszak sprowadza się ona do tak głębokich powiązań, że rozwód, jeśli jego próba nie będzie po prostu spacyfikowana, oznacza kompletną ruinę na długie lata i dalsze uzależnienie, tylko na innych zasadach. Dodatkowo – obstrukcja ze strony wewnętrznej formalnej i nieformalnej opozycji dodatkowo ten proces utrudnia, o czym boleśnie przekonali się Brytyjczycy, gdzie największymi przeciwnikami Brexitu okazali się urzędnicy służby cywilnej i lobby finansowe.
Kiedy zatem ma się taką optykę, to perspektywa dojścia „proeuropejskiej” Opozycji do władzy w Polsce jest po prostu widmem straszliwym, którego groza usprawiedliwia naprawdę poważne decyzje na rzecz zachowania suwerenności.
Problem polega głównie na głębokiej asymetrii między wolą podtrzymania europejskiego status-quo przez prawicę a wolą przeprowadzenia nieodwołalnej właściwie zmiany przez lewicę liberalną. Przyjęta wolą reńskiego centrum procedura zmiany formuły funkcjonowania Unii bez zmiany traktatów pozwala na kompletne ubezwłasnowolnienie państw narodowych bez konieczności przeprowadzania jakichś referendów czy zmian konstytucyjnych wymagających lokalnego konsensusu. Wystarczy jeden podpis przedstawiciela rządu i w ramach kolejnych głosowań większościowych zostanie dokończona konstrukcja, w ramach której takie kraje jak Polska będą mogły już wyłącznie zgodzić się z wolą większości (bardzo zależnej od Renu, gdyż ten trzyma kasę) lub być stale karane w dowolny sposób – jak chociażby teraz wysuniętą kwotą 22 tys. Euro za każdego „nieprzyjętego” migranta z ciemnej dupy.
Do przewagi demograficznej i finansowej krajów Doliny Renu będzie dokładać się jeszcze ich przewaga strukturalna w obsadzie kluczowych stanowisk w UE i inne przewagi, które razem jedynie powiększają, a nie zmniejszają dystans między „starą” a „nową” Unią. Instytucja veto w Radzie Europejskiej jest czasami uciążliwa, niemniej jest jedynym i ostatnim zabezpieczeniem interesów mniejszych graczy w wewnątrzunijnych rozgrywkach i należy o niej myśleć dokładnie tak, jak to sformułował poseł Janusz Kowalski: VETO ALBO ŚMIERĆ. Veto nie jest instrumentem cudownym, jest instrumentem trudnym, ale nie ma lepszego. Już nie raz mieliśmy okazję się przekonać, jak bezwzględni potrafią być przy realizacji swoich interesów Niemcy czy Francuzi. Nie mamy nic lepszego niż to veto i chociaż potrafi ono i nam napsuć krwi, kiedy używają tego instrumentu inne kraje – to w ostateczności pozwala ono nam spać nieco spokojniej. Jesteśmy w UE wciąż graczem mniejszym i mniej doświadczonym niż Francja czy Niemcy, więc nie powinniśmy pozbywać się hetmana nawet wówczas, kiedy mówią nam, że prawdziwą grę toczy się pionkami.
Dlatego nadchodzące wybory są tak szalenie ważne. Opozycja straszy Polaków „pisowską dyktaturą”, ale prawdziwą stawką w tej grze nie jest żadna „dyktatura ciemniaków”, ale utrata niepodległości w ramach toczącego się coraz szybciej „procesu europejskiego”, w ramach którego kraje Doliny Renu ponownie uzyskają pełną kontrolę nad Unią, skutecznie wywłaszczając kraje naszego regionu z niedawno odzyskanej podmiotowości. Siły antynarodowe i antyniepodległościowe wspierają ten proces, gdyż zadowala ich pozycja namiestników „Guberni Nadwiślańskiej” i szybkie wzbogacenie się za pomocą błyskawicznej sprzedaży kluczowych aktywów majątku narodowego, co zasygnalizował niedawno pan Petru. To będą wszystko decyzje nieodwołalne, które całkowicie zaprzepaszczą nasze szanse rozwojowe na długie lata. Polska powróci w utarte koleiny „ścieżki średniego wzrostu” zadowalając się rolą gospodarki wspomagającej niemiecki „silnik” a Polacy powrócą na niemieckie plantacje szparagów, gdzie obecny niedobór taniej polskiej siły roboczej już mocno denerwuje naszych zachodnich sąsiadów.
Problem polega zatem na tym, że Opozycja nie ukrywa nawet tych planów. Powrót Polski do „głównego nurtu” europejskiej polityki jest przez jej liderów wręcz demonstrowany jako jeden z najważniejszych celów, z czego Polacy powinni być jeszcze dumni.
Polacy mają być dumni za poklepanie Tuska po plecach przez kanclerza Scholtza, a Orlen, KGHM czy Grupa Azoty zostaną za bezcen spieniężone niby na rzecz spłaty „zaciągniętych przez PiS’ długów, ale w praktyce za „frukty”, które rozejdą się po znajomych królika tak samo, jak było zawsze przy okazji prowadzonych przez PO prywatyzacji. Obłowi się sitwa pośredników i prawników-cwaniaków, powyrastają znikąd fortuny a la Kulczyk a zwykli zjadacze chleba usłyszą, że muszą jeść mniej, bo trzeba chronić planetę i że „pieniędzy nie ma i nie będzie”.
Dla mnie to nie jest już po prostu zwykły spór polityczny. Dla mnie to jest spór fundamentalny. Spór o pryncypia. O to, jakim się czuję człowiekiem. O to, co dla mnie oznacza „być Polakiem”.
Zostaw komentarz