Nie wypowiadam się na temat projektu prezydenckiego, bo ekonomia i bankowość to dla mnie „czarna magia”. Nie wziąłem kredytu we frankach, choć mam kilka konsumpcyjnych i nawet w takich przypadkach banki namawiały mnie do szwajcarskiej waluty.

W całej tej historii prawie nikt nie porusza jednego problemu. Nazywam go kontrwywiadowczym. Zacznijmy od odpowiedzi na proste pytanie: kto wie o nas najwięcej? Bank oczywiście. Nasze miejsce pracy, nasze podróże, preferencje zakupowe, sugerujące zainteresowania, a nawet sposób życia. W sumie, kontroluje nas lepiej niż służba specjalna i wszystko to dzieje się legalnie. Genialne, prawda?

Wczoraj, u red. Moniki Olejnik prof. Balcerowicz stwierdził, że kredyty we Frankach brali ludzie średnio zamożni i zamożni (nie rozumiem określenia „średnio zamożny”), co miało chyba sugerować „wiedzieli, co robią, stać ich, banki czyste, jak łza”. Być może część „frankowiczów” mieści się w profesorskiej kategorii. Może pięć, może dziesięć procent. Przypuszczam, że są to głównie osoby, które związane były z zaprojektowaniem, wdrożeniem i funkcjonowaniem tego systemu oraz „krewni i znajomi królika”.

A co z resztą?

Twierdzę, że zostali zmuszeni do kredytu we Frankach. Szczególnie urzędnicy państwowi niskiego szczebla. Szczególnie zwyczajni pracownicy bez gabinetów, sekretarek, pieczątek i samochodów służbowych oraz premii specjalnych. Szczególnie ci, którzy pracują tworząc kolejne sukcesy gienierałów, wypinających pierś. Nie uwierzycie Państwo, ale początkujący i zwyczajny oficer polskich służb specjalnych zarabia tyle, że w wielu bankach zaświadczenie o zarobkach budzi śmiech pomieszany ze współczuciem, a mieszkać gdzieś trzeba i lepiej spłacać kredyt niż płacić za wynajem z kolegą, by móc w ogóle funkcjonować.

Chodzili więc, młodzi ludzie po bankach, prezentowali swoje zarobki i w wielu słyszeli, że nie mają zdolności kredytowej w złotówkach. W kilku bankach powiedziano im, że we frankach cudownie wzrasta ich zdolność. Szczególnie jeden bank nie robił trudności. Wystarczyło zaświadczenie o zarobkach z instytucji mundurowej lub centralnej, by szybko otrzymać kredyt hipoteczny. Bank tłumaczył to sprytnie: stała praca w państwowym sektorze, jest najlepszym gwarantem spłaty zobowiązań. Kredyty dawał tylko we frankach, bo w złotówkach klient nie spełniał wymogów. Doradcy bankowi gromadzili wnioski pełne prawdziwych danych o kredytobiorcy, jego rodzinie, dołączali zaświadczenia o zarobkach ozdobionych pieczątkami wystawiających je instytucji, życiowych, adresami, telefonami, podobne dokumenty partnerów życiowych, a także obowiązkowe kserokopie dwóch dokumentów tożsamości: dowodu osobistego i prawa jazdy, a w kilku przypadkach legitymacji służbowej.

Młody człowiek, pragnący wreszcie założyć rodzinę i żyć na swoim, skrupulatnie wypełniał kolejne kwity. Jedna z super tajnych instytucji wystawiała bez kłopotu zaświadczenia o zarobkach. „Legalizacyjne”, które zawierały prawdziwe dane pracownika, prawdziwy adres instytucji oraz jej „legalizacyjną” nazwę. Po wpisaniu w Google owego adresu lub owej „legalizacyjnej” nazwy „, wyskakiwało prawdziwe miano tej szacownej tajnej instytucji, o czym jej kierownictwo, wystawcy zaświadczenia, dobrze od dawna wiedzieli. Zebrane przez bank dokumenty wysyłano do mitycznych analityków i po niewielkim czasie kredyt we frankach zostawał przyznany.

Sęk w tym, że całe centrum obliczeniowo-analitycznie znajdowało się na pewnej pięknej wyspie, obok której Afrodyta wynurzyła się z piany morskiej. Wyspę tą szczególnie ukochali sobie nasi rosyjscy sąsiedzi. Zbudowali tam nawet „rosyjski kwartał” z cerkwią, szkołami, bankami i innymi przybytkami niezbędnymi do życia, kamuflowanymi najczęściej spółkami oraz nazwiskami lokalnej społeczności. Szczególnie tej bogatej. Tam też lądowały kwity polskich klientów.

Zwróciłem kierownictwu uwagę na swoisty dyskomfort takich operacji, na który naraża się moja tajna i szacowna instytucja, wskazałem na rozwiązania sojuszników, lecz w odpowiedzi zasugerowano mi, że jestem upierdliwym esbeckim anachronizmem i w dodatku rozpracowywałem „Solidarność”. Usiłowałem też zainteresować dziennikarzy, lecz i oni potraktowali mnie jak idiotę-prowokatora ( jeden z żurnalistów musiał być „w okładkach”, bo gienierały zaczęły pytać mnie o kontakty, ale pogoniłem ich jak zwykle i tylko patrzyli się podejrzliwie). Dałem więc , sobie spokój. Z pracą też.

Banku już nie ma. Kilka lat temu FBI udowodniło podobno jakieś związki z praniem pieniędzy na dużą skalę i bank został pospiesznie sprzedany innemu południowemu krajowi. Potem kupił go znany bank niemiecki. Centrum obliczeniowo-analityczne i całą dokumentację klientów też, którzy raty płacą dalej rak samo. Nazwa tylko jest inna.

Cóż, kredyty we frankach to wspaniały sposób na stworzenie posłusznych niewolników, wdzięcznych kierownictwu u spełniających każde życzenie bez zastanawiania się sensem i konsekwencjami owego życzenia. Rodzina, dziecko, a kredyt płacić trzeba. Szkoda tylko, iż nikt nie pomyślał, że właścicielami nowoczesnych niewolników mogą być również, a może przede wszystkim, siły nam obce oraz działające w sprzecznym z naszym interesie.