Dziś będzie post z gatunku „OMIJAJ z DALEKA”, czyli pięć razy się zastanów zanim kupisz cokolwiek na Jokodecor.pl (na FB to JoKoDECOR, chociaż tutaj promują głównie kosmetyki, a nie meble), chyba że lubisz być traktowany jak idiota, który ma za zadanie zapłacić, a potem siedzieć cicho i czekać, aż robiący Cię na szaro sprzedawca łaskawie wywiąże się z umowy. Jeżeli się łaskawie wywiąże – brać co przyśle, nawet jeżeli to „coś” jakością łamie wszelkie standardy cywilizowanego świata, zaś w przypadku zrezygnowania z ich usług – chandryczyć się i walczyć o zwrot pieniędzy. Zaoszczędzicie sobie zdrowia i nerwów. Prawdę powiedziawszy do głowy nigdy by mi nie przyszło, że w dzisiejszych czasach, w których liczą się pozytywne rekomendacje, sklep internetowy może w taki sposób traktować swoich klientów. Ten najwyraźniej może.

Ale po kolei… Na początku kwietnia zrobiłam w domu mały remont. Nic wielkiego – malowanie kilku ścian i drobne przemeblowanie. Chciałam pozbyć się ciężkiej szafki RTV i zastąpić ją lżejszą, małą konsolką, wykończoną szlagmetalem (żeby pasowała do dużego lustra, stojącego przy sąsiedniej ścianie). Ta, którą wybrałam, dostępna była w kilku sklepach, ale mnie bardzo zależało na czasie (w weekend miał przyjechać Syn i pomóc mi w zamianie starego mebla na nowy), więc szukałam takiego, który mógłby w miarę szybko zrealizować zamówienie. I w ten sposób trafiłam na Jokodecor.pl z Bochni. „Bezpieczne zakupy, 14 dni na zwrot towaru, Szybka wysyłka, Korzystne ceny, Sprawdzona jakość” – przeczytacie pod slajderem na stronie głównej, ale nie dajcie się zwieść, jak zwieść dałam się ja…

Przy wybranym przeze mnie przedmiocie stało jak byk: „wysyłka 48h”. Generalnie to powinno mi wystarczyć, ale zbyt długo robię zakupy w internecie i za dobrze znam to środowisko, żeby wierzyć na słowo. Dlatego zadzwoniłam. Chcąc się upewnić, że na 100 procent dostanę to, co zamówię – w takim, a nie innym czasie. Odebrała jakaś kobieta, a ja usłyszałam „tak, mamy w magazynie, można kupować – wyślemy w 48 godzin”. Uradowana wrzuciłam towar do koszyka, zapłaciłam „szybkim przelewem”, o 11:54 dostałam mail z potwierdzeniem zamówienia nr 1745 i zostało tylko cierpliwie czekać na realizację. Był poniedziałek…

We środę nie stało się nic. To znaczy – nie dostałam żadnej informacji o nadaniu przesyłki, żadnego numeru listu przewozowego – zwyczajna cisza.

W czwartek rano wzięłam więc znowu telefon w dłoń i zaczęłam dzwonić pod numer z poniedziałku, bo nie wiedziałam, czy mam czekać na kuriera, czy mogę jednak wyjść do sklepu, ruszyć się gdziekolwiek z domu… Niestety tym razem nie odebrał nikt. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami ktoś może być zajęty, dlatego napisałam sms z prośbą o kontakt i informację. Ale on chyba wpadł w jakąś czarną dziurę, bo… zero odzewu. Znalazłam więc inny numer i jakaś inna kobieta powiedziała: „towar będzie dziś wysłany bezpośrednio od producenta”, a ona po południu prześle mi numer nadania. Zdziwiłam się, bo cztery dni temu moja konsolka była podobno w ich magazynie, ale uznałam, że spoko… nie będę się czepiać. Ważne, że na koniec dostanę ją przed weekendem (chociaż to dłużej, niż 48h). Tyle tylko, że w czwartek żadne info o nadanej przesyłce nie nadeszło.

No więc w piątek zadzwoniłam znowu, ale tym razem usłyszałam „towar zostanie wysłany w poniedziałek”. Pomyślałam, że to jakiś żart. „Będzie pani czekać, czy chce zwrot pieniędzy” – zapytała w odpowiedzi na moje niezadowolenie. Poprosiłam o zwrot. Ale pół godziny później zadzwonił do mnie jakiś mężczyzna (dla odmiany) i przez kolejne pół godziny przepraszał tłumacząc, że paczka ruszyła w czwartek w drogę, tylko… do kogoś innego. Wyraziłam współczucie, bo „rozbolała go z tego wszystkiego głowa”, ale na koniec zapytałam: co mnie to wszystko tak naprawdę obchodzi?

Od kilku dni bowiem nie robię nic innego, tylko walczę o otrzymanie, w potwierdzonym terminie, małego mebelka, za który zapłaciłam półtora tysiąca złotych. Wygrażał się konsekwencjami finansowymi, które miał wyciągać w stosunku do pracowników, ale na koniec nie zaproponował mi niczego, poza czekaniem do kolejnego wtorku…

Wyszło na to, że sama będę musiała jeździć meblami po domu (kręgosłup mam rozwalony, więc nie bardzo mogę, ale OK – jakoś dam radę), bo kolejny raz w moim życiu, wkurzona co prawda, ale uznałam, że trudno – poczekam. Wtorek w końcu nadejdzie. I nadszedł. A z nim przesyłka z Jokodecor.pl. Konsolka miała być dostarczona w całości, a przyszła w paczce, do montażu (z tym jeszcze mogłam żyć), ale kiedy rozcięłam karton zobaczyłam to, co widzicie na zdjęciach. Nawet nie chciało mi się wysilać, żeby cokolwiek z pudła wyjmować. Kurier, kiwając głową ze zrozumieniem zakleił je i zabrał od razu z powrotem.

16 kwietnia, o 12:59, wysłałam do Jokodekor mail, w którym poinformowałam o tym, że korzystam z przysługującego mi prawa do odstąpienia od umowy. Zgodnie z polskim prawem, regulaminem oraz informacją w mailu potwierdzającym zamówienie, pieniądze powinnam była otrzymać cyt.

„niezwłocznie, a w każdym przypadku nie później niż 14 dni od dnia, w którym zostaliśmy poinformowani o Państwa decyzji o wykonaniu prawa odstąpienia od niniejszej umowy”.

Dziś minął dzień szesnasty. Pieniędzy jak nie było, tak nie ma… I pewnie sprawa skończy się w sądzie, bo przed chwilą, po moich kolejnych monitach, dostałam telefon, w którym po pierwsze usłyszałam, że

„przelew wyjdzie na początku przyszłego tygodnia, gdyż na zwrot należności mamy 14 dni od momentu, kiedy towar do nas wróci”

– czyli prawo swoje (art.27 mówi wyraźnie co oznacza owe „14 dni”), a właścicielka sklepu swoje…

A po drugie dowiedziałam się, że zostanę obciążona za przesyłkę paletową, którą podobno powinnam była wybrać, a nie wybrałam (widząc z kim mam do czynienia zawczasu zrobiłam screen z koszykiem, na którym widnieje tylko jeden rodzaj przesyłki i tylko jedna cena – palety nie znajdziecie nawet pod mikroskopem… ja zresztą u siebie w domu palety też nie widziałam, bo kurier pudło przyniósł w rękach). Swoją drogą to naprawdę zabawne – ja jako klient sama „powinnam wiedzieć” jak wysyła się ich paczki i sama „powinnam” zlecić opcję dostawy, która nie widnieje przy produkcie w sklepie.

Generalnie – kobieta mnie zrugała (za to chyba, że mam czelność mieć pretensje i oczekiwać od niej przestrzegania prawa), a ja na koniec nie byłam w stanie oprzeć się wrażeniu, że zrobi mi nadzwyczajną łaskę oraz uprzejmość zwracając moje własne, ciężko zarobione pieniądze…

Żeby cała ta sytuacja nabrała jeszcze lepszego smaczku – właśnie przed chwilą, po rozmowie ze mną, Jokodecor.pl zmodyfikował opcję dostawy na stronie produktu. Tyle tylko, że jeżeli chodzi o mój zakup, to prawie o miesiąc za późno (wszystkie screeny, zapakowane w jeden śliczny katalog, czekają na prawnika).

Achhhhhhh – i jeszcze jedno! Stopka maili, które od nich otrzymałam zawiera logotyp programu „Rzetelna firma”. Ale gdy się kliknie w dołączony link, to pojawia się informacja, że firma już w tym programie nie uczestniczy. „Rzetelnie” jednak, ciągle wprowadza klientów w błąd…

No więc – uważajcie Kochani, jeżeli nie chcecie przeżywać tego, co ja! Ten sklep łamie wszystkie zasady, co jest mega dziwne w świecie sprzedaży on-line. Na koniec – zamiast przeprosić za spartaczoną transakcję i spartaczony mebel – jeszcze mnie atakują, próbując udowodnić, że jak nie będę „grzeczna”, to nie zwrócą mi całej kwoty i generalnie… prawnik się mną zajmie. Moim celem jest teraz wyłącznie ostrzeżenie innych przez zakupami w takim sklepie.

Autor: Izabela Jagosz