Wiedeń, w odróżnieniu od Budapesztu i Pragi nigdy mnie nie ekscytował. Może dlatego, że z tym miastem związane są dwie osobiste traumy. Dwukrotnie bowiem w latach 90. minionego wieku nie wpuszczono mnie do tego miasta, choć dojechałem do jego serca pociągiem z Bratysławy. Po prostu faszystowscy pogranicznicy austriaccy uznali, że z uwagi na stan swojego portfela nie zasługuję na choćby jednodniowe zwiedzanie miasta. W efekcie dwa razy dostałem „misia” do paszportu i dwa razy go później wymieniałem, żeby nie mieć problemów na innych granicach. Zaprzysięgłem sobie, że moja stopa w tym mieście nigdy nie postanie. Ale w 2009 roku zacząłem tam jeździć na zajęcia w ramach wydziału zamiejscowego Górnośląskiej Wyższej Szkoły Handlowej w Katowicach, której byłem pracownikiem. Średnio raz na dwa miesiące po 1-2 dni zajęć.
Zauważając wówczas – cytując klasyka – pewne zalety kraju kapitalistycznego, nie zaniedbywałem odnotowywania jego wad. Dopiero niedawno odkryłem, że w odróżnieniu od wielu innych miast nie mam w swoich zasobach zdjęciowych zdjęć z Wiednia, a byłem tam już chyba z…. 70 razy. Zupełnie nie porywała mnie wysublimowana narracja o Wiedniu jako stolicy Europy Środkowej. Franz Josef, Sisi i inne bajeczki o biedermajerowskiej środkowoeuropejskości, o pierdzeniu na wersalce w rytm melodii Mozarta czy Straussa. I o tym wszystkim, co Austriacy innym ukradli i sprzedają światu jako własne. Cała ta lukrowana opowieść o stolicy czegoś, czego już nie ma i co już raczej się nie zdarzy, o mieście, które jest za duże jak na taki mały zapyziały góralski kraj, jest zupełnie pozbawiona sensu. Ale szukam alternatyw i znajduję je chodząc po Wiedniu. Tą alternatywą jest marksistowska opowieść o mieście byłych chłopów i robotników, wykuwających wspólną przyszłość własnymi rękoma. Świadczą o tym napisy na budynkach mieszkalnych, wzniesionych w czynie społecznym (tłumaczę na nasz język doby komunizmu) i wara kapitalistom od tych zdobyczy socjalizmu.
Wiedeń miał dwukrotnie złamany kręgosłup w XX wieku. Po części na własne życzenie. Po pierwsze w 1918 roku przestał być stolicą Wielkiej Austrii i stał się stolicą kadłubowego państewka, które nie dość, że nie miało własnego narodu tytularnego (austriackość jako narodowość przyjęła się dopiero na początku lat 70. XX wieku), to było z miejsca zadłużone względem dużo bogatszej Czechosłowacji (i tego długu nigdy nie spłaciło). Po drugie – ja wiem, że Austriacy byli pierwszą ofiarą hitleryzmu, ale dodajmy – ofiarą, która ze swej ofiary wyniosła najwięcej korzyści finansowych i geopolitycznych. Też chcielibyśmy być taką „ofiarą”. Mówiąc wprost – wielu największych rzeźników nazistowskich rekrutowało się właśnie z terenów dzisiejszej Austrii. Byli to na ogół psychopaci, którzy podobnie jak Hitler też przecież Austriak, znaleźli w końcu upust dla swoich zbrodniczych fantazji. Po wojnie wielu z tych ludzi „rozgrzeszonych” przez NKWD i Moskwę, nadal pełniło swoją służbę ojczyźnie, a nawet zasłużyło na najwyższe odznaczenia.
Przez parę lat miałem taką fazę, że łaziłem po Wiedniu i robiłem zdjęcia domofonom. W odróżnieniu od wielu polskich miast w Wiedniu jeszcze na początku 2. Dekady XXI wieku pod konkretnymi numerami mieszkań widniały nazwiska. Niemieckie, węgierskie, „jugosłowiańskie”, czeskie, słowackie, polskie, arabskie. Najczęściej widziałem na nich nazwisko „Holoub” czyli po czechosłowacku – Gołąb. Sporo tych słowiańskich gołębi zleciało się do Wiednia.
Wiele, naprawdę bardzo wiele zawdzięczam moim wspaniałym i nieocenionym studentom z Wiednia. Czasem zastanawiałem się, czy na wykładach to ja ich czegoś uczę, czy raczej oni mnie. Teraz już wiem, że to drugie. Dużo się od nich na temat Wiednia dowiadywałem. Szczegółów nie zdradzę, bo to temat na osobną opowieść. W każdym razie wiedziałem, jak Polacy mają niezwykły talent do wkomponowywanie się w lokalne struktury, do integrowania się z poszanowaniem lokalnych uwarunkowań. Dla Wiednia Polacy są największym zyskiem, w moim przekonaniu, na bazie tez prowadzonych przeze mnie badań.
10. dzielnica – Favoriten – od początku mnie fascynowała, gdyż widziałem w niej cząstkę Bałkanów. Tak było jeszcze w 2009 roku. W roku 2019 trudno byłoby mi orzec, co jest bardziej bałkańskie – śródmieście Sarajewa czy Laxenburgerstrasse z przyległymi ulicami zwłaszcza z okolicami Reumannplatz. Bałkanizacja Wiednia wzbudzała we mnie wielkie emocje. Początkowo miałem do wybory w porze obiadowej miedzy Bratwurst a kebabem, obecnie Bratwurstu już prawie nie ma, za to do wyboru jest turecki kebap w cenie 2 euro za porcję z ajranem lub serbskie cepapi w Kolibie w cenie 3,5 euro. Wybieram serbskich współbraci Słowian Bałkanizacja Wiednia postępuje i jakoś wcale mnie to nie martwi, po prostu będę mieć bliżej na Bałkany.
Nie kocham Wiednia, ale się o niego martwię. Bo po coś jednak Jan Trzeci wlókł się przez pół Europy. Raczej nie dla kilkuset zdobycznych worków z kawą.
p.s. Na zdjęciu – przyjęcie odznaki GWSH, którą sobie bardzo cenię. Zobaczcie w jakich butach.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz