Szaleństwo wokół wystawy w Rijksmuseum, bilety wyprzedane w kilka dni i setki histerycznych doniesień medialnych mogą nas skutecznie zniechęcić. Zatem nie warto?

Ponieważ należę do fanklubu, zanim Vermeer stał się aż tak modny, bilety kupiliśmy wiele miesięcy temu. I było warto!

Co sprawia, że malarz z Delft, którego znamy jak autora zaledwie 34, najczęściej niewielkich rozmiarami obrazów, zawładnął wyobraźnią zblazowanych ludzi naszych czasów?
Mistrzowsko operuje kolorem, choć jego paleta jest stosunkowo uboga. Ma podobnie niezwykłe wyczucie koloru, jak mistrzowie z Wenecji, tyle że malarze weneccy są hałaśliwi i rozgadani, a Vermeer maksymalnie skupiony. Tak dalece skupiony, że można go nazwać malarzem ciszy.
Takie są nawet obrazy kobiet muzykujących – grających na wirginale, trąbce, flecie, gitarze, czy pobierających lekcje muzyki – zanurzone w ciszy – w maksymalnym skupieniu.

Malował niewiele i malował długo. Poprawiał, zmieniał, redukował detale, które uznał za niekonieczne, usuwał postaci, męczył się nad każdym obrazem. Dlaczego? Przecież warsztat opanował do perfekcji. Wystarczy spojrzeć na wczesny obraz „U stręczycielki”. Patrząc na oryginał docenimy mistrza, który potrafił wyczarować aksamitny puszek pokrywający skórę dziewczyny oraz doskonałość barw i rysunku orientalnego dywanu.
Mógłby więc malować szybko, wręcz ‘spod palca’. Ale trudził się mozolnie, ponieważ interesowało go coś więcej, niż scenki rodzajowe. A nawet coś więcej, niż tylko tekstura, barwy i kompozycja. Ten doskonały realizm jest w gruncie rzeczy ułudą. Obrazy Vermeera są swego rodzaju ikonami – znakami, symbolami, za którymi kryje się poszukiwanie idei rzeczy i natury ludzkiego świata.
W każdym z jego płócien mamy napięcie, o jakim opowiada „Chrystus w domu Marty i Marii”, gdzie materia spiera się o prymat z ideą, choć są nierozłącznie ze sobą związane.

W Holandii malarstwo rodzajowe miało się świetnie. Działało tam sporo dobrych i kilku wyśmienitych mistrzów. Oni również malowali kobiety w jedwabnych kubraczkach z perłami w uszach. Pokazywali piszące lub czytające listy, albo muzykujące. Jednak te same tematy u Vermeera nie są ani ilustracją, ani fotografią, tylko filozoficzną niemal rozprawą traktującą o ludzkiej kondycji. Gesty, choć pozornie osadzone w konkretnym czasie, mówią o wieczności. Unosząca się ręka zastygła w bezruchu i tkwi w wieczności; czujemy, że dziewczyna z perłą nie odwróci od nas za chwilę oczu, a w dzbanku nigdy nie zabraknie lanego wolnym strumyczkiem mleka. Malarz uświęca codzienność, nadając jej charakter quasi-religijny, wieczny, zastygły w czasie. U niego czas krzepnie, nabiera metafizycznego znaczenia i spokojnego oddechu .

Umarł mając zaledwie 43 lata. Nie zdążył się dorobić, zwłaszcza że po ojcu odziedziczył długi, które zresztą rzetelnie spłacał. Najpewniej nie było go stać na modelki, ani wiele akcesoriów – podobne twarze, (być może żony i córek) powracają na wielu obrazach, ten sam żółty (albo niebieski) satynowy kaftanik obszyty futerkiem gronostaja, podobne mapy ozdabiają ściany i podobny wschodni dywan.

Z zachowanych dokumentów wiemy, że współcześni wysoko cenili umiejętności Vermeera. Gdyby tylko chciał malować więcej i szybciej, byłby bogaty. Nie chciał.

Jedno z jego dzieł przedstawia kobietę ważącą perły. Może jest żoną kupca, a może sama handluje biżuterią? A może rozważa, co sprzedać, bo najwyraźniej rodzina wkrótce się powiększy? Jest równie tajemnicza, uważna i absolutnie skupiona na tym, co robi, jak Mleczarka. Jednak tu w tle, widzimy obraz przedstawiający Sąd Ostateczny. Analogia ‘sprawiedliwej wagi’, czy raczej ostrzeżenie przed pokusą bogactwa? Vermeer nie udziela odpowiedzi. On stawia pytania.

W czasach chaosu i niechlujstwa Vermeer budzi zachwyt, bo jest lekiem na nerwicę pośpiechu. Jego marzenie o doskonałości wzrusza i onieśmiela ale też niesie nadzieję. Celnie ujął to Adam Zagajewski: „Przez cały dzień czułem niepokój, ponieważ nie potrafiłem poradzić sobie z nadmiarem tego miasta. [chodzi o Nowy Jork] Trafiłem wtedy do muzeum Frick Collection, i tam, przed obrazem Vermeera „Lekcja muzyki” poczułem, jak rzeczywistość nagle, w jednym momencie, zatrzymała się, zastygła w harmonijnym bezruchu. Malarz żyjący kilkaset lat temu uspokoił Nowy Jork, zahamował jego drżenie, falowanie.”

Na tym, między innymi, polega wielkość Vermeera i tajemnica jego na nas oddziaływania.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.