Tydzień temu opublikowałem w Dzienniku Gazecie Prawnej tekst o wizycie Papieża Franciszka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tak naprawdę jednak tekst był o watykańskiej dyplomacji, której miałem okazję przyglądać się w działaniu na Białorusi. Wcześniej jednak miałem okazję spędzić wiele długich godzin na rozmowach z przyjacielem moich Rodziców a moim przyszywanym „Wujkiem” Ś.P. Arcybiskupem Marianem Olesiem, który był nuncjuszem apostolskim w Iraku i Kuwejcie, a następnie w Kazachstanie, Uzbekistanie, Kirgistanie i Tadżykistanie oraz – przed samą emeryturą – w Słowenii i Macedonii.

Towarzyszyłem kiedyś arcybiskupowi w tym jak pobierał oleje w celu udzielenie sakramentu chorych (czyli tego, co kiedyś nazywało się ostatnim namaszczeniem). I oto ów wysokiej rangi watykański hierarcha pytał zwykłego proboszcza czy dobrze zna procedurę. Arcybiskup zauważył moje zdziwienie i powiedział „bo wiesz, ja zawsze chciałem zostać księdzem, a całe życie pracuję jako dyplomata” po czym dodał, że tak naprawdę tęskni za byciem „zwykłym księdzem”. Był w tym jakiś wielki smutek więc ze swej strony powiedziałem, że jest przecież i księdzem i dyplomatą, na co arcybiskup odparł, że tak, ale bycie dyplomatą obdziera jednak ze złudzeń, po czym, jak dziś pamiętam, dodał „a w każdym razie powinno jeśli chce się to dobrze wykonywać”.

Spędziłem wiele godzin na rozmowach z nuncjuszem wysłuchując jego opowieści w których dobro i wiara w jakiś przedziwny sposób łączyły się z brutalnymi obserwacjami, brakiem jakichkolwiek złudzeń i zimnym realpolitik. Pamiętam np. uwagę o tym, że polscy księża w b. ZSRR to tylko przejściowy fenomen dopóki miejscowe Kościoły nie wykształcą własnych kadr „bo dwa minusy tylko w matematyce dają plus, a w polityce dają jedynie wielki minus”. To samo lata później usłyszałem od hierarchów na Białorusi, którzy dodawali wyraźnie, że budują białoruski Kościół Katolicki a nie odbudowują polskiego kościoła.

Jeśli coś ze świata dyplomacji rozumiem to – poza tym, co wyniosłem z domu i czego nauczyłem się od niektórych swoich szefów (i tym, czego dzięki Bogu udało mi się od innych nie nauczyć) – rozmowy z nuncjuszem były na pewno jednymi z najważniejszych lekcji.

Tekst z DGP był skrótem większego eseju, który wklejam poniżej. Nam Polakom dyplomacja jakoś nie za bardzo wychodzi. Ja co prawda jestem niewierzący, ale miałem okazję uczyć się od od wybitnego nuncjusza apostolskiego. Wydaje mi się, że coś udało mi się z tych lekcji zrozumieć.

…………………………..

Dyplomacja watykańska czyli o mądrości i braku złudzeń.

Niemal bez echa w polskich mediach przeszła wizyta Papieża Franciszka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tymczasem była to wizyta absolutnie przełomowa. Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI odwiedzali co prawda państwa muzułmańskie takie jak Turcja, Pakistan, Egipt, Syria, Jordania czy też Palestyna, ale były to państwa w większości rządzone przez wojskowe – zazwyczaj świeckie dyktatury, mające znaczną zarówno liczebnie jak i procentowo mniejszość chrześcijańską oraz mające tradycję współistnienia z innymi religiami. Przede wszystkim jednak żadne z nich nie było położone na Półwyspie Arabskim bezpośrednio obok Arabii Saudyjskiej, tj. miejsca narodzin islamu.

W 2004 roku uczestniczyłem w spotkaniu ze Ś. P. arcybiskupem Marianem Olesiem, który na przełomie lat 80 i 90 był nuncjuszem apostolskim w Iraku. Zapytany przez jednego z uczestników spotkania o to, jak ocenia amerykańską interwencję w Iraku odparł, że to fatalna decyzja. Na uwagę, iż obalony przez Stany Zjednoczone Saddam Hussajn znany był z drastycznego łamania praw człowieka odparł „Pan mnie z kimś myli, ja się tym nie zajmuję”, po czym dodał, że jego zadaniem jest dbałość o prawa chrześcijan, a chrześcijanie przetrwali w Iraku 2000 lat a nie ma pewności czy przetrwają następne 20. Arcybiskup Oleś był bardzo dobrym człowiekiem, wspaniałym księdzem ale przede wszystkim wysoko postawionym dyplomatą Stolicy Apostolskiej. Jego słowa przytaczam zdając sobie sprawę, że mogą być one odebrane jako wyraz cynizmu. W rzeczywistości były one wyrazem głębokiej troski nie o mało precyzyjnie zdefiniowane prawa człowieka, a o bardzo konkretne prawa (w tym prawo do życia) bardzo konkretnych ludzi. Równocześnie w słowach tych zawarta była cała mądrość, a zarazem długoletnia a nie krótkookresowa perspektywa, z którą Stolica Apostolska patrzy na relacje ze światem. Kierując się taką właśnie perspektywą Stolica Apostolska zawsze prowadziła własną politykę. Watykan w sensie cywilizacyjnym będąc częścią Zachodu politycznie był zawsze samodzielnym graczem nieraz występując wręcz przeciw tym czy innym działaniom Zachodu, jak to miało miejsce np. w przypadku wojny w Iraku.

Przez cały okres po dekolonizacji prawa chrześcijan (ale również prawa kobiet) w państwach muzułmańskich były najlepiej gwarantowane przez reżimy wojskowe czy też wprost dyktatorskie. Prawdopodobieństwo fanatyzmu religijnego oficerów którzy ukończyli słynną Królewską Akademię Wojskową w Sandhurst w Wielkiej Brytanii, czy też Akademię Sztabu Generalnego imienia Woroszyłowa w Moskwie było bowiem odwrotnie proporcjonalne do ilości wypitej whisky lub wódki oraz temperamentu będących pod urokiem przystojny bliskowschodnich oficerów Brytyjek i Rosjanek (w tym drugim wypadku – szczególnie jeśli temperament ów był inspirowany przez KGB). W dłuższej jednak perspektywie opieranie praw chrześcijan na nadziei na wieczne trwanie dyktatur było zbyt ryzykowne i skąd też wieloletnie zabiegi Watykanu o dialog ze światem islamu.

Arabskie monarchie Półwyspu Arabskiego, w tym w szczególności rzecz jasna monarchia saudyjska, opierały stabilność reżimów na kompromisie z islamskimi radykałami. Porozumienie sprowadzało się do tego, że elity mogły się bogacić, a nawet bogacić kosztem własnego narodu, ale rząd dusz pozostawiono radykalnym islamistom. Panorama miast w państwach Zatoki Perskiej przypominała panoramę Manhattanu, ale za fasadą ze stali i betonu kiełkowała nienawiść do Zachodu. Dokładnie z tego powodu 15 z 19 zamachowców z 11 września pochodziło z Arabii Saudyjskiej, a dwóch ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W odpowiedzi na zamachy w Nowym Jorku i Waszyngtonie, Stany Zjednoczone dokonały interwencji najpierw w Afganistanie, a następnie w nie mającym z zamachami niczego wspólnego Iraku.

Obalenie Saddama Husajna, pomijając skutki uboczne którymi były wojna domowa w Iraku a następnie powstanie Państwa Islamskiego oraz wzrost znaczenia Iranu w regionie, oznaczało jednak również możliwość wycofania wojsk amerykańskich z Arabii Saudyjskiej które stacjonowały tam m.in. po to aby bronić reżimu w Rijadzie przed ewentualną agresją ze strony Iraku. Nie bez znaczenia była oczywiście też rewolucja łupkowa w USA i uniezależnienie się Waszyngtonu od dostaw ropy z Zatoki Perskiej. Wycofanie wojsk amerykańskich dla rodziny panującej oznaczało, że co prawda zniknęła siła która była cierniem w oku wahabickich radykałów, ale z drugiej strony oznaczało też brak siły gwarantującej status quo czyli trwanie rządów. Z początku nic jednak nie zagrażało monarchiom, bowiem islamistów dalej tolerowano pod tym wszakże warunkiem, że operowali oni w krajach trzecich. Wraz jednak z sukcesami Stanów Zjednoczonych w wojnie z terrorem w Afganistanie oraz pokonaniem Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii miejsc do których można było eksportować dżihadystów było coraz mniej, a i sami dżihadyści woleli kilka żon na ziemi, zamiast 40 hurys w raju, szczególnie, że Amerykanie stali się wyjątkowi skuteczni w wysyłaniu ich do owego raju. Wracając do swych krajów nie porzucali jednak dżihadu i stawali się rosnącym zagrożeniem dla władz państw Zatoki. Równocześnie rosła też presja zachodu, by reżimy znad Zatoki Perskiej nie tolerowały dłużej finansowania dżihadu przez własnych obywateli.

Kombinacja tych elementów spowodowała, że niepisana umowa pomiędzy rodzinami panującymi, a dżihadystami została zerwana, a monarchie uzyskały przeświadczenie, że bez otwarcia się na Zachód, reform wewnętrznych i realnego zwalczania fundamentalizmu islamskiego mogą pewnego dnia upaść. W Arabii Saudyjskiej nieśmiałe reformy rozpoczęto w zasadzie zaraz po 11 września. Sprawy przyśpieszyły po faktycznym przejęciu władzy przez młodego następcę tronu Mohammada bin Salmana, który równolegle zaczął odsuwać od wpływu fundamentalistów, a zarazem dał wolną rękę siłom bezpieczeństwa, co było koniecznością, bowiem młody książę musiał pamiętać, że jedyny w historii Arabii Saudyjskiej król, którego zamordowano stracił życie w wyniku konfliktu o modernizację państwa właśnie. Niestety siły bezpieczeństwa które otrzymały carte blanche zrobiły to, co zazwyczaj robią tego rodzaju spuszczone ze smyczy organizacje tj. popełniły nie tylko brutalny, ale i głupi mord (na dziennikarzu Dżamalu Chaszodżdżim).

W przypadku ZEA reformy i modernizacja były znacznie łatwiejsze, bowiem państwo to niejako od zarania było bardziej otwarte na świat, a jego władcy realnie najbardziej postępowi w regionie. Założyciel państwa i pierwszy prezydent ZEA – niezwykle światły, perspektywicznie myślący i można śmiało powiedzieć – jeden z gigantów XX wieku – szejk Zajid ibn Sultan Al Nahajjan realnie, a nie tylko taktycznie, pragnął modernizacji. Wszystko to spowodowało, że po raz pierwszy wyciągnięta ku porozumieniu dłoń ze strony Watykanu spotkała się nie z ostrożną jak do tej pory, ale prawdziwie życzliwą, reakcją. I oto – po raz pierwszy w historii – głowa Kościoła Katolickiego celebrował mszę na Półwyspie Arabskim.

Problemem dla Watykanu było to, iż dążąc do kompromisu z siłami sunnickiego islamu, nie mógł równocześnie narazić na szwank tradycyjnie znacznie lepszych relacji chrześcijańsko – szyickich. Tymczasem w Jemenie siły zbrojne ZEA biorą udział w prowadzonej w głównej mierze przez Arabię Saudyjską wojnie przeciwko wspieranym przez szyicki Iran szyitom z ruchu Huti. Działania zbrojne Rijadu i Abu Zabi doprowadziły do katastrofy humanitarnej. Papież Franciszek w sposób bardzo jednoznaczny w trakcie swojej wizyty wezwał do zakończenia konfliktu.

Sytuacja chrześcijan w ZEA jest, jak na standardy regionu, bardzo dobra. Otwarte są kościoły, a chrześcijanie nie są prześladowani. Równocześnie jednak nadal porzucenie islamu i bluźnierstwo przeciw prorokowi zagrożone jest karą śmierci, a nawracanie na chrześcijaństwo – wieloletnim więzieniem. Papież Franciszek przyjeżdżając skromnym, tanim samochodem na spotkanie z premierem i następcą tronu państwa, którego elita władzy konkuruje nie tym jakie ma samochody, ale jakie odrzutowce i jachty w pewnym sensie ten ostatni zakaz złamał, ale powyższe nie zmienia istoty rzeczy, którą jest to, że takiego zakresu swobód jak w ZEA chrześcijanie, szczególnie w porównaniu z Arabią Saudyjską gdzie za samo posiadanie w Biblii można trafić do więzienia, w regionie nigdzie nie mają.
Kluczowym momentem wizyty Papieża, poza mszą w Abu Zabi, było popisanie wspólnej deklaracji z Ahmedem el-Tayebem z kairskiego uniwersytetu Al-Azhar zatytułowanej „Dokument na temat braterstwa między ludźmi”. Ahmed Al-Tayeb będący najwyższym autorytetem w świecie sunnickiego islamu zwrócił się do wyznawców islamu, by zaopiekowali się chrześcijanami. Słowa „Przyjmijcie naszych braci chrześcijan, oni są częścią naszych społeczności” są przełomem na który pracowały pokolenia watykańskich dyplomatów. Wielu sprawiało wrażenie pozbawionych złudzeń. Tam jednak, gdzie ściera się wiele interesów, tylko tacy ludzie osiągają efekty.

Polska może i powinna się od dyplomacji watykańskiej uczyć cierpliwości, chłodnej analizy i braku złudzeń. Np. w polityce wschodniej, którą w Watykanie zajmują się w bardzo podobnym duchu co polityką bliskowschodnią. I dlatego Watykan i tam uzyskuje efekty. Polska efektów zaś nie uzyskuje, bo myli chłodną analizę z cynizmem, zamiast uprawiania polityki modli się o cud, a przemówienia myli z kazaniami. Watykańscy dyplomaci się modlą, ale nigdy na cud nie liczą, kazania głoszą, gdy akurat nie zajmują się dyplomacją, a pisząc raporty do Watykanu nigdy nie ulegają złudzeniom.

Większość chrześcijan, tak jak przewidywał abp. Oleś, opuściła Irak. Ale na to Watykan nie miał już wpływu.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)