Mniej więcej w 1996 r. pracowałem – jeszcze jako student – w Sejmie. W Berlinie PDS (Partei des Demokratischen Sozialismus) czyli następczyni SED zorganizowała konferencję o bezpieczeństwie europejskim. Mój ówczesny szef postanowił, że ktoś z Polski musi pojechać, ale jak się wyraził lepiej, żeby to był „ktoś z niskiego szczebla – np pan”. No i tak oto pojechałem do Berlina. Spotkał mnie tam zaszczyt, bo w czasie kolacji usadzono mnie przy jednym stole z b. premierem NRD Hansem Modrowem i Gregorem Gysi. Ku mojemu przerażeniu w czasie tej kolacji dowiedziałem się, że zamiast udziału w debacie mam wystąpić z przemówieniem o tym, czemu Polska chce wejść do NATO. Miałem przy sobie tekst autorstwa ambasadora Andrzeja Towpika z Rzeczpospolitej, który wyjaśniał różnice pomiędzy systemem blokowym, a systemem bezpieczeństwa zbiorowego opartym o OBWE. Wieczorem w hotelu speach sobie przygotowałem i chyba poszło mi w miarę OK, bo następnego dnia zadzwonił do mnie z Libii Tata i powiedział, że dobrze mi poszło. Zdziwiłem się, bo w mediach nigdzie żadnej relacji nie było, więc spytałem go skąd wie jak wypadłem, na co Ojciec odparł, że „Niemiec mi powiedział” (co było o tyle zabawne, że PDS oczywiście nie była pod obserwacją niemieckiego kontrwywiadu, więc ambasador Niemiec w Libii musiał widać znać :) jakiegoś działacza PDS, Rifondazione Comunista albo Sinn Fein bo tego rodzaju partie były tam reprezentowane).

Jeśli wypadłem w miarę cywilizowanie to była to – uczciwie rzecz ujmując – zasługa moja o tyle, że przyzwoicie w nocy przetłumaczyłem tezy z tekstu amb. Towpika (moje wystąpienie było oparte w 95% na jego artykule).

Oczywiście nie pamiętam ani szczegółów tekstu ani swojego wystąpienia, ale dobrze pamiętam debatę z lat 90 o tym, czy wchodzić do NATO, czy budować bezpieczeństwo w oparciu o OBWE. Ta druga opcja promowana była oczywiście przez Rosjan, którzy doskonale rozumieli, że system bezpieczeństwa zbiorowego to szansa dla Moskwy by decydować o losach Europy Środkowo – Wschodniej. Mamili nas jednym argumentem. Twierdzili otóż, że wybierając OBWE, a nie NATO zachowamy możliwość manewru. W realu było dokładnie na odwrót. Cóż bowiem oznaczał system oparty o OBWE? Ano tyle, co prędzej czy później koncert mocarstw, a ten zawsze oznacza tyle, że liczą się interesy wyłącznie największych graczy, a państwa małe i średnie takie jak Polska stają się przedmiotem gry. Dla Polski taki wybór oznaczałby brak szansy na podmiotowość.

Rosja oczywiście z koncepcji niszczenia NATO nigdy nie zrezygnowała. 15 lat później pojawił się słynny plan Miedwiediewa, który był swoją drogą jedynie lekko odkurzoną wersją planu Gromyki. Pomysły bezpieczeństwa „od Lizbony do Władywostoku” co jakiś czas wracają. Po wojnie na Ukrainie na Zachodzie już mało kto ma złudzenia, co tak dokładnie oznacza owo bezpieczeństwo miałoby oznaczać, choć prezydent Macron nie dalej niż dwa lata temu witał Władimira Putina słowami „Wierzymy w Europę od Lizbony do Władywostoku”. Wniosek dla Polski płynący z tego jest taki, że Francji ufać nie możemy.

Oczywiście ani Zachód, ani Unia Europejska ani NATO nie są ideałami. Nord Stream (i Nord Stream 2) to przykład tego, że czasem sojusznicy nas zawodzą. Tyle, że w Polsce trwa jakiś obłędny festiwal paranoi i histerii. Oto słyszę z ust polityków prawicy oraz naszych rodzimych wyznawców geopolityki, że Zachód się już rozpadł, że już go nie ma, że USA słabną, że gwarancje bezpieczeństwa, które mamy są nic nie warte, że 30 lat się „skończyło”. Wniosek z tego zaś płynący ma być taki, że trzeba grać z Zachodem „ostro” (nie asertywnie, ale właśnie ostro), albo, że trzeba machnąć ręką na Zachód i budować samemu swoje bezpieczeństwo (za pomocą tych ledwie skompletowanych dywizji, które mamy). Wyjściem mają być też sojusze regionalne (i nic to, że nikt w regionie na Zachód nie zamierza machnąć ręką). Naczelny argument, który dowodzić ma tego jakie będziemy mieli korzyści jest taki, że odzyskamy „sprawczość” i możliwość „gry”. I to jest dokładnie ten moment, gdy przypominają mi się wystąpienia rosyjskich dyplomatów sprzed ćwierć wieku. W głowie zaś rodzą niepokojące pytania.

P.S. on second thoughts – a może faktycznie coś w tym jest? Może fajnie byłoby mieć możliwość prowadzenia gry i manewrownia sobie pomiędzy Rosją, a Zachodem. Tak jak Ukraina na przykład.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)