„Polska demokracja zawiodła”, „polski rząd był nieskuteczny”, nawet „Orban się odwrócił” i „PiS przegrał w arcyważnym starciu”, a „Europa zawstydziła dobrą zmianę”. Daję głowę, że tego typu analizy były już przygotowane od rana, bo przecież wiadomo było, że nie ma najmniejszej szansy na to, żeby europejskich polityków przekonać do zmiany kursu osobą Jacka Saryusz-Wolskiego, z całym szacunkiem oczywiście do tego człowieka, bo akurat zacna postać. O co więc chodziło?

Oczywiście można przyjąć, że JK i jego ludzie liczyli na siłę dyplomatyczną min. Waszczykowskiego. Ale warto być poważnym. Więc może scenariusz był zupełnie inny? Może Jarosław Kaczyński od początku wiedział, że jedyną postacią, która może zagrozić hegemonii PiS, jest powracający do Polski Donald Tusk? Oczywiście, nie miałby tu łatwego zadania. Miałby na głowie sprawy Amber Gold, które na pewno zintensyfikowałyby na sile. Miałby problem ze Schetyną, który całe swoje polityczne życie czekał na to, żeby w końcu rządzić Platformą. Miałby też Petru, który obwołuje się co chwilę „liderem opozycji”. Zgodzimy się jednak wszyscy, że nie są to poważne przeszkody. Mógłby więc Donald Tusk stać się liderem zjednoczonej opozycji i niczym rycerz wracający na „białym koniu” zintensyfikować jeszcze mocniej opozycję totalną. W konsekwencji być może nawet mógłby doprowadzić do wcześniejszych wyborów.

A tak? Schetyna jest zadowolony, bo ma jeszcze 2,5 roku bezpiecznego rządzenia partią. Petru jest zadowolony, bo przecież ze Schetyną ma szansę, z byłym premierem nie miałby żadnych. Tusk jest oczywiście zadowolony, bo wciąż pozostaje na swoim stanowisku, a dodatkowo myśli, że udało mu się upokorzyć PiS. Co jednak, jeśli JK też jest zadowolony, bo – pomimo wszystko – udało się przekonać część opinii publicznej, że DT jest kandydatem „niemieckim” i „francuskim”, który nie reprezentuje polskich interesów w UE? Poza tym, nie będzie go w najbliższym czasie w Polsce, a to może mieć znaczenie kluczowe w walce z dość słabą opozycją.

Może to majstersztyk realpolitik, a nie klęska?

Autor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz, publicysta i bloger.