Nawet podczas trwania najczarniejszego okresu reżimu komunistycznego po 1956 r., czyli tzw. nocy jaruzelskiej, wszyscy sędziowie orzekający w tamtym czasie okazali się godnie pełnić swoją rolę – żaden z nich nie sprzeniewierzył się zasadzie niezawisłości sędziowskiej. O czym upewniają niedowiarków wyniki postępowań dyscyplinarnych toczących się już w „niepodległej” Polsce.

Dr Przemysław Czarnek z KUL pisał na łamach „Naszego Dziennika” jeszcze w 2010 roku:

Mając żywo w pamięci orzeczenia sądów z lat 80., a zwłaszcza z okresu stanu wojennego, zaraz po 1990 r., podnoszono postulaty usunięcia z zawodu sędziego wszystkich tych, którzy swą haniebną postawą sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości sędziowskiej w tamtych latach. Obowiązujące po 1990 r. prawo w zakresie postępowania dyscyplinarnego nie mogło być jednak zastosowane wobec tzw. dyspozycyjnych sędziów, przewinienia dyscyplinarne przedawniają się bowiem zaledwie po upływie jednego roku. Stąd też konieczna była ingerencja ustawodawcy.

Pierwszą próbę ustawowego uregulowania możliwości odwołania sędziego za zbrodnie sądowe lub służalstwo wobec władz komunistycznych podjęto w 1993 roku. 15 marca tego roku uchwalono nowelizację prawa o ustroju sądów powszechnych. Na jej podstawie prezydent, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa (KRS), mógł odwołać sędziego, co do którego sąd dyscyplinarny stwierdził sprzeniewierzenie się zasadzie niezawisłości. Przyjęto, że sędziowie niebędący w stanie oprzeć się naciskom z zewnątrz, mają mankamenty psychiczne uniemożliwiające im wykonywanie zawodu. Takie rozwiązanie zostało jednak uznane przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z Konstytucją.

Kolejną próbę podjęto dopiero po upływie czterech lat. 17 grudnia 1997 r. uchwalona została kolejna ustawa o zmianie ustawy – prawo o ustroju sądów powszechnych oraz niektórych innych ustaw. Ale i tym razem, w związku z brakami formalnymi w procedurze uchwalania nowelizacji, TK uznał przepis art. 6 ustawy za niekonstytucyjny. Pomimo tego Trybunał wskazywał na zasadność ostatecznego, zgodnego z procedurami, uregulowania problemu: “Ograniczając jednak rozważania tylko do okresu zamkniętego datą 1989 r. trzeba przypomnieć, że zachodziły wówczas tak drastyczne nadużycia niezawisłości, że obecnie nadal istnieje potrzeba ich ujawnienia i wyjaśnienia”, zaś “ogólne zasady odpowiedzialności sędziego, dostosowane do warunków demokratycznego państwa prawnego, nie stanowią mechanizmu wystarczającego”.

Na konieczność ostatecznego uregulowania sprawy zwracał uwagę przede wszystkim sędzia Marian Zdyb, który w votum separatum do przywoływanego wyżej wyroku stwierdził, że “obowiązek prawnego potraktowania sprawców naruszenia niezawisłości i bezstronności sądów, w tym szczególnie nieuczciwych sędziów, dotyczy także sytuacji, w której naruszenia te dokonywane były pod ochroną państwa w systemie totalitarnym, a często wręcz w majestacie prawa. Jest to niezbędne nie tylko ze względu na zaspokojenie społecznego poczucia sprawiedliwości, ale przede wszystkim z uwagi na potrzebę zapewnienia wiarygodności samego państwa i jego organów. Autorytet państwa budowany jest także przez jego stosunek do zachowań niegodziwych”.

Ostatecznie problem doczekał się swego ustawowego rozwiązania 3 grudnia 1998 r., kiedy uchwalono ustawę o odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy w latach 1944-1989 sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej. Mocą przepisów ustawy w stosunku do sędziego, który w latach 1944-1989, orzekając w procesach stanowiących formę represji za działalność niepodległościową, polityczną, obronę praw człowieka lub korzystanie z podstawowych praw człowieka, sprzeniewierzył się niezawisłości sędziowskiej, wyłączono stosowanie przepisów o przedawnieniu w postępowaniu dyscyplinarnym dotyczącym sędziów. Wyłączenie to nie było jednak bezterminowe – jego koniec ustalono na 31 grudnia 2002 roku.

Jako że ustawa weszła w życie 26 stycznia 1999 r., organy uprawnione miały niecałe cztery lata na wystąpienie z żądaniem wszczęcia postępowania do sądu dyscyplinarnego. Organem uprawnionym do występowania z takim żądaniem była KRS, która mogła to czynić z urzędu lub na wniosek osoby skrzywdzonej orzeczeniem. Osoba taka mogła skierować taki wniosek również do ministra sprawiedliwości. Nadto, na mocy art. 88 § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, z wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego mógł wystąpić rzecznik dyscyplinarny na żądanie ministra sprawiedliwości, prezesa sądu apelacyjnego lub okręgowego oraz kolegium sądu apelacyjnego lub okręgowego. Sąd Dyscyplinarny po przeprowadzeniu postępowania mógł orzec karę wydalenia ze służby sędziowskiej.

I dalej:

O ile na gruncie ustawowym warunki do weryfikacji wymiaru sprawiedliwości zostały stworzone, o tyle już praktyka w tym zakresie była skandalicznie żenująca. W okresie od wejścia w życie omawianej ustawy do października 2001 r. wpłynęło 30 spraw, z czego 28 zostało złożonych przez ministra sprawiedliwości, a tylko dwie były efektem wniosków rzecznika dyscyplinarnego. Krajowa Rada Sądownictwa nie złożyła żadnego wniosku. We wszystkich sprawach z wniosku ministra sprawiedliwości rzecznicy dyscyplinarni wyraźnie dystansowali się od nich, wskazując, że działają z polecenia ministra. Wszystkie sprawy dotyczyły zaledwie około 50 sędziów, w większości w stanie spoczynku, spośród których tylko jeden nie był sędzią karnym. W toku postępowania aż 41 sędziów już na samym początku zostało uwolnionych od stawianych im zarzutów. W stosunku do czterech sprawa została od razu zwrócona rzecznikowi dyscyplinarnemu, pozostałym zaś w wyniku przeprowadzonego postępowania nie udowodniono sprzeniewierzenia się niezawisłości sędziowskiej.

Efekty weryfikacji PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości są więc zatrważające. Wynika z niej – wbrew oczywistym faktom – że wszyscy sędziowie okresu komunistycznego działali na wskroś etycznie, byli niezawiśli i niezależni. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek, w którym całe społeczeństwo wie doskonale o skandalicznym działaniu organów państwa, z wyjątkiem elit, które te działania miały rozpoznać i osądzić. Zaniedbania i zaniechania sądów dyscyplinarnych podczas rozpatrywania wskazanych wyżej spraw były przy tym karygodne. Nasz Dziennik, Wtorek, 19 października 2010, Nr 245 (3871)

Janusz Wojciechowski, europoseł, były sędzia, szef NIK-u, w swoich publikacjach nie pozostawia przysłowiowej „suchej nitki” na krajowym wymiarze (nie)sprawiedliwości. Rok temu w wywiadzie stwierdził m.in.:

Moja diagnoza jest pesymistyczna. Państwo nie gwarantuje dziś sprawiedliwości, wy­miar sprawiedliwości daleki jest od uczci­wości. Skala krzywd, z jakimi się stykam, jest ogromna. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że trafiają do mnie tylko ci, którzy czują się pokrzywdzeni. Jako wieloletni sędzia często nie mogę pojąć, jak możliwe są pewne wyroki i niektóre decyzje. Jak można skazać czło­wieka na dożywocie za podwójne zabójstwo w sytuacji, gdy sędzia w uzasadnieniu nie wskazuje żadnych, ale to żadnych dowodów? Jak można skazać kogoś na 25 lat bez dowo­dów na udział w zbrodni? Albo na siedem wyłącznie na podstawie pomówienia, zresztą odwołanego? A z drugiej strony ewidentne zbrodnie uchodzą bez kary. Znam dobrze sprawę, w której wszystko wskazuje na to, że młoda dziewczyna została zamordowana, ale prokurator na poważnie twierdzi, iż popełniła samobójstwo, trując się cyjankiem, a następ­nie w boleściach rzucała się po mieszkaniu, ponabijała sobie mnóstwo  siniaków, po czym wysprzątała mieszkanie i zmarła. Takich przykładów jest wiele. (…)

W Białymstoku od dziesięciu lat siedzi czło­wiek, którego skazano bez żadnych dowo­dów. Pytam od dziesięciu lat kogo tylko mogę o tę sprawę, proszę o wskazanie choćby jednej poszlaki wskazującej na jego winę, jedną okoliczność, cokolwiek. Proszę mi wierzyć, nic takiego nie ma. Widzę na tym przykładzie rzeczy nieprawdopodobne. Choćby to, że znaleziony na miejscu zbrodni włos, nienależący do skazanego, ale najpraw­dopodobniej do prawdziwego mordercy, nie został nawet przebadany! Nie porównano wy­ników z DNA kilku innych potencjalnych po­dejrzanych. To sprawa, która nie daje spać po nocach. Kiedy pomyślę, że ktoś może siedzieć w więzieniu przez dziesięć lat, a jest niewinny, trudno pozostać biernym. (…)

główną przyczyną jest poczu­cie bezkarności, przekonanie, że możemy wszystko i nikt tego nie sprawdzi, nikt nam nic nie zrobi. Zresztą, choć przykro to mó­wić, znam i takie sprawy, w których treść uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego też nie wskazuje na to, by sędzia czytał akta danej sprawy. Często odpowiedzi na apelacje czy kasacje są powielaniem okrą­głych, mam wrażenie, że często kopiowa­nych, stwierdzeń, iż „jest to gołosłowna polemika z ustaleniami sądu”. Pomija się w ten sposób poważne, solidne argumenty. To niestety narasta, można już chyba mó­wić o zjawisku komputerowego sądzenia, gdzie uzasadnienia w kolejnych sprawach są mechanicznie kopiowane. Widziałem na własne oczy uzasadnienie wyroku w spra­wie o wypadek drogowy, gdzie było cyto­wanych chyba z 17 orzeczeń Sądu Najwyż­szego, z 18 cytatów z literatury prawniczej, tylko nie było odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego sąd uznał, że oskarżony spowo­dował wypadek, zjeżdżając na swoją lewą stronę, gdy do zderzenia doszło na jego prawej stronie? http://www.aferyprawa.eu/Afery/Janusz_Wojciechowski

I co z tego?

Nagle, zupełnie zaskakująco dla kilku pokoleń prawników (w tym niekoniecznie sędziów i prokuratorów) massmedia zaczęły głosić tezę, że nowelizacja kodeksu postępowania karnego, obowiązująca od 1 lipca 2015 roku wreszcie wprowadziła do Polski… kontradyktoryjność rozpraw sądowych w sprawach karnych!

Tymczasem, jeszcze w minionej (historycznie, bo faktycznie to inna sprawa) epoce studenci pieczołowicie wkuwali, że jedną z cech polskiego procesu karnego jest właśnie równość stron. Oczywiście w fazie sądowej, bo przed organami ścigania jest to nadal proces inkwizycyjny.

Tymczasem od 1994 roku Polacy mogą skarżyć zapadłe wyroki do Strasburga.

Art. 6 europejskiej Konwencji Ochrony Praw Człowieka i Podstawowych Wolności gwarantuje, że sprawa będzie rozpatrywana przez niezależny i bezstronny sąd, odseparowany od innych organów państwa. Czy to oznacza, że wszystkie wyroki sądów karnych powinny być natychmiast uchylone, bo Polska przez dwadzieścia pięć lat „wolności” kultywowała system rodem z bolszewickiego reżimu?

Ba, z mrocznego średniowiecza!

Czy też jest to kolejna przedwyborcza zagrywka PO na zasadzie: Ludzie, patrzajta, uni nam prawo PO europejsku zmienili!  Na razie, teoretycznie tylko, prokuratura udaje zaskoczoną i twierdzi, że nie da sobie rady w takim procesie. A może da, tylko będzie wymagało to nieco więcej wysiłku ze strony oskarżycieli publicznych, którzy przecież wiedzą, że samo wniesienie aktu oskarżenia do sądu zastępuje potrzebne na zachód od Odry (i na południe od Karpat) dowody.

Mariusz Cysewski, którego cenię i szanuję, choć sposób wyrażania przezeń poglądów czasem nawet mnie potrafi zdziwić (formą, bo merytorycznie trudno się do czegokolwiek przyczepić) postawił sprawę jasno:

Tylko że równość stron – która przecież i tak w tej nowelizacji, jak wspomniałem, de facto nie istnieje – sama w sobie nie prowadzi do wzrostu liczby uniewinnień. Zauważmy że i dziś konstytucja wymaga „separacji władz”: ustawodawczej, sądowniczej i wykonawczej (tu: prokuratora). W jednej z przyjętych przez ETPC definicji pojęcia „sąd” powiada się bardziej radykalnie, że istotą sądów jest niezależność – zwłaszcza od władzy wykonawczej. Wyroki – skazujące i teoretycznie uniewinniające – wydają wszak sędziowie. Po nowelizacji sędziowie nadal, tak jak dziś, zblatowani będą z prokuratorami. Dlatego nowelizacja nie prowadzi do skutków korzystnych dla ofiar. Do wzrostu liczby uniewinnień dojdzie dopiero po przywróceniu konstytucji: usunięciu i wykluczeniu zblatowania prokuratorów i sędziów. I temu właśnie służy idea ław przysięgłych, złożonych z 12 obywateli „z łapanki” – wylosowanych np. z bazy Pesel i jednorazowo wyznaczanych do wydania wyroku w danym procesie, jak w USA. Drugi proces – kolejna „łapanka”, i tak dalej. Praktycznie tylko tak można rzeczywiście „odseparować” prokuratora od sądu (od ławy przysięgłych orzekającej w danej sprawie). Ot, prokurator przedstawia argumenty publicznie na sali sądowej – tak jak widzimy to na filmach – i jeśli przysięgłych, czyli zwykłych obywateli, czyli nas przekona, to sprawę wygrywa a nie to nie i szlus.

Ławy przysięgłych to podstawa sprawiedliwości i normalności w sądach. Nic ich nie zastąpi; nawet moja ulubiona równość uczestników (stron), czyli kontradyktoryjność, czyli sądowy charakter procedur sądowych. Psu na budę zdadzą się procedury sądowe gdy nie ma samych sądów.

Gdyby rzeczywiście ta fikcyjna nowelizacja miała doprowadzić do 30% uniewinnień jak twierdzi Kownacki i jak było w Polsce Niepodległej do roku 1939 to, na Boga, byłby to powód by w te pędy zapisać się do Platformy Obywatelskiej i wznosić hymny pochwalne na cześć sądów, broniąc ich przed zakusami totalitarnej tłuszczy. Jak jednak państwo wiecie, nic podobnego nam nie grozi, bo zarzut Bartosza Kownackiego, że po nowelizacji sądy będą uniewinniać, jest bez wątpienia nieprawdziwy. http://3obieg.pl/wolny-czyn-dlaczego-pis-bez-procesow-procesowych-konferencja-w-wannsee

Te wyżej przedstawione teksty są ważne. Bo choć tylko Mariusz wskazuje na nie tylko jego zdaniem jedyny sposób „złamania” jedności prokuratorsko-sędziowskiej to przecież wszyscy, mający jako takie pojęcie o wymiarze sprawiedliwości wiedzą, że tak naprawdę w Polsce on.. nie istnieje.

Zamiast sądów karnych, w których człowiek spokojnie oczekuje na sprawiedliwy wyrok, mamy wyrób temidopodobny, w którym sędzia skazuje delikwenta z prawdopodobieństwem równym temu, z jakim w środek celu trafia pocisk wystrzelony z działa czołgu Leopard, znajdującego się na wyposażeniu naszej armii.

Jednak nie zgadzam się z tezą, że to wynik swoistego „zblatowania” sędziów z prokuratorami. Gdyby faktycznie tak było, to oprócz sędziów „zblatowanych” byliby pozostający poza ferajną, co musiało by mieć odbicie statystyczne.

Maciek Onyszkiewicz, redaktor Kontaktu, zauważa jeszcze inny aspekt sądowej rzeczywistości.

Otóż stosunek do podsądnego, bezwzględność karania, jest wynikiem wprowadzonych ongiś przed laty zmian ustrojowych, w wyniku których społeczeństwo zostało rozwarstwione w stopniu o wiele większym, niż w PRL.

Część, i to pokaźna, została wypchnięta na margines.

Polski „populizm penalny” rozkwitł na początku XXI wieku. Pierwszym „szeryfem” został Lech Kaczyński, który jako minister sprawiedliwości zapowiedział, że będzie popierał zaostrzanie kar, nawet gdyby istniały niezbite dowody na nieskuteczność takiej formy walki z przestępczością. W okresie IV RP nastąpiła eskalacja „populizmu penalnego”, a rolę szeryfa przejął Zbigniew Ziobro. Jednak również za rządów PO władza podsycała poczucie zagrożenia w celu poprawy swoich notowań w sondażach. Wypowiedź premiera Donalda Tuska, w której nazwał sprawców czynów pedofilnych „kreaturami, którym nie przysługują prawa człowieka” czy przeforsowanie w Sejmie, wbrew opiniom karnistów, tzw. ustawy o bestiach pokazują, że „populizm penalny” w Polsce przeżył IV RP i wciąż ma się dobrze. (…)

 

Powodzenie terapii szokowej, która w krótkim czasie miała wprowadzić w Polsce gospodarkę rynkową, wymagało jednak fundamentalnej zmiany mentalności społecznej. Przedsiębiorczy indywidualiści, nastawieni na rywalizację i rozwój osobistych karier, musieli zastąpić niezaradnych, nastawionych roszczeniowo wobec państwa homo sovieticusów. Dlatego brutalnie zdławiono pozostałości państwowych przedsiębiorstw przemysłowych, a wszystkie PGR-y zlikwidowano jedną decyzją administracyjną, niezależnie od tego, czy były rentowne, czy nie. Konieczne i racjonalne decyzje ekonomiczne rządu przeplatały się z posunięciami ideologicznymi, mającymi wyeliminować wszystko, co kojarzyło się z poprzednim ustrojem.

Zmiana mentalności Polaków dokonała się w niecałą dekadę. Według badań prof. Hanny Świdy-Ziemby pokolenie młodych ludzi na początku lat 90. wyznawało inne wartości niż ich rówieśnicy 10 lat później. Niechęć do rywalizacji i wartości wspólnotowe zostały zastąpione przez marzenia o indywidualnych karierach.

Skutkiem terapii szokowej było wprawdzie zahamowanie hiperinflacji, ale w wyniku reform drastycznie wzrosło bezrobocie. Niektóre miasta przemysłowe oraz po-PGR-owskie wsie do dziś pozostają enklawami dziedziczonej przez następne pokolenia biedy. Doktryna neoliberalna zakłada, że ludzie sami powinni być odpowiedzialni za własny los. Nie należy liczyć na pomoc instytucji państwowych, tylko być przedsiębiorczym i samodzielnie zadbać o siebie. Niewydolny, ale rozbudowany system polityki społecznej PRL zamiast gruntownej reformy doczekał się stopniowego demontażu. Nie wszyscy ludzie umieli poradzić sobie w obliczu zamknięcia ich zakładów pracy. Wraz z bezrobociem i społecznym wykluczeniem musiała wzrosnąć także przestępczość. Zdaniem francuskiego socjologa Loïca Wacquanta, autora książki „Więzienia nędzy”, jeśli obywatel nie ma legalnej możliwości zapewnienia sobie godziwych warunków życia, wchodzi na ścieżkę przestępczą. W ten sposób państwo, zamiast realizować skuteczną politykę społeczną, penalizuje ubóstwo. http://magazynkontakt.pl/niesprawiedliwi-wsrod-narodow-swiata.html

Tak więc surowość sądów, i praktycznie pozbawienie oskarżonego na wyrok uniewinniający, pełni dwie funkcje:

  1. pozwala trzymać obywateli „za pysk”, co generalnie przekłada się na stosunkowo mały ich udział w różnego rodzaju manifestacjach czy protestach;
  2. pełni niebagatelną rolę fiskalną.

Trzeba bowiem pamiętać, że ok. 90% wyroków stanowią grzywny – samoistne bądź też wymierzane obok kary pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Jaki jest dochód Państwa z tego tytułu?

W tej sytuacji sędziowie karni stają się po prostu kimś w rodzaju poborców podatkowych, zapełniających bezdenną kieszeń polskiego fiskusa.

Przecież wyroki bezwzględnego więzienia zapadają jedynie w ok. 10% przypadków.

Cała reszta natomiast żyje w strachu, że jeśli tylko wejdzie w tzw. okresie próby w konflikt z prawem (np. zwracając uwagę agresywnemu policjantowi, co może być potraktowane jako zniewaga funkcjonariusza publicznego itp.!) może trafić do pudła na kilka lat nawet.

Ba, żyjemy w kraju, gdzie skazanie automatycznie powoduje utratę biernego prawa wyborczego.

Instytucja, jak ulał, do trzymania radnych i posłów z dala od rzeczywistych problemów. Przecież tak łatwo dać się wmanewrować w obrażanie funkcjonariusza na służbie, czy też, wzorem jednego z posłów, uderzać ciałem w spokojnie trzymaną przez policjantkę pałkę.

A już kandydujący na posła lub radnego musi zachowywać szczególną ostrożność.

Czy faktycznie zmiany w ordynacjach były wprowadzane jedynie z obawy przed ś. p. Andrzejem Lepperem?

Trzeba jednak powiedzieć sobie wyraźnie – pozbawienie czynnego i biernego prawa wyborczego jest środkiem karnym przewidzianym w art. 40 § 1 kodeksu karnego i może być wymierzone  w razie skazania na karę pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3 za przestępstwo popełnione w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie (§ 2).

Tymczasem tylnymi drzwiami pozbawia się biernego prawa wyborczego w każdym przypadku skazania, choć sąd na ten temat nawet się nie zająknie.

To faktyczne zaostrzenie kary, o którym jednak cichosza w mediach czy w sejmie.

Każdej kary wymierzonej na podstawie kodeksu karnego.

Nowelizacja ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu została uchwalona w piątek, 19 marca 2010 roku. http://wyborcza.pl/1,76842,7679012,Sejm_wprowadzil_do_ordynacji_zakaz_kandydowania_skazanych.html

Był to rok wyborów prezydenckich. Za kolejnych 18 miesięcy miały odbyć się wybory parlamentarne. Andrzej Lepper „popełnił samobójstwo” 5 lipca 2011 roku.

c.d.n.

______________________________________________

* Zakalec – nieudana, niewyrośnięta lub niewypieczona warstwa w cieście. Przyczyny powstawania zakalca nie są do końca jasne. Nawet osoby z doświadczeniem w pieczeniu ciast nie są zupełnie zgodne i podają m.in. następujące hipotezy powstawania zakalca:

1.błąd w przepisie na ciasto

2.błędy w przygotowaniu ciasta.