Z wielkim zainteresowaniem czytam ciekawe analizy Tomasza Teluka w „Gazecie Polskiej codziennie”, z którymi generalnie się zgadzam. Jednak w ostatnim artykule „Czy Rosja zaatakuje NATO”, („GPc”, 17.03.2022) w podtytule „Bezwzględna dominacja NATO”, w którym zestawia siły i środki NATO (samoloty, czołgi, lotniskowce, łodzie podwodne, potencjał ludzki) z rosyjskimi, nie zgadzam się z wyciągniętymi przez autora wnioskami.
Pisze, że „powyższe zestawienie wskazuje na to, że Rosja nie zaatakuje żadnego z państw NATO, nawet po to, aby sprawdzić determinację obrońców do stosowania art. 5. Konfrontacja oznaczałaby anihilację rosyjskiej armii”.
Po pierwsze – uważam, że nikt nie jest w stanie powiedzieć, co się kłębi w głowie Putina i jakie ma on plany.
Po drugie – gdy zsumuje się wyniki rządzących i opozycji to opozycja ma ilościowo przewagę, jednak, gdy utworzą koalicję i startują w wyborach, to wynik jest dużo niższy od arytmetycznego. Ta prawidłowość dotyczy również Paktu Północnoatlantyckiego.
Mimo, że obowiązuje zasada „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego”, to ze względu na zbyt duże rozbieżności w ocenie sytuacji, powiązań ekonomicznych, sympatii i brak interesu, nie wszyscy członkowie Sojuszu będą chętni brać udział w działaniach przeciwko Rosji. Wszystko zależy od tego kto zostałby napadnięty przez Rosję.
Jeżeli zostanie zaatakowany jakiś członek NATO, (zwłaszcza Europy Środkowo-Wschodniej) to do czasu zaangażowania się Stanów Zjednoczonych, w wielu krajach będą prowadzone działania pozorne, jak to ma miejsce obecnie w stosunku do walczącej Ukrainy.
Tym bardziej, że art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego stanowi – „udzielona zostanie niezwłocznie, pomoc Stronie napadniętej, jaką każdy z członków uzna za konieczną, łącznie z użyciem siły zbrojnej”.
Niezwłocznie to znaczy, kiedy, a czy np. przysłanie kilku karetek lub kilku tysięcy hełmów wyczerpuje znamiona pomocy? Użycie siły też nie jest bezwarunkowe. Ponadto w wielu krajach Zachodnich przeprowadzone badania opinii publicznej dotyczące wsparcia militarnego w przypadku rosyjskiej agresji na kraje Europy Środkowej. Wyniki pokazują, że większość uważa, iż nie należy go udzielać udzielać, a zwłaszcza Polsce.
Nie są to niestety twierdzenia bezpodstawne. Chociaż Ukraina nie jest członkiem NATO, to została napadnięta przez Rosję, ponieważ jako suwerenny kraj sama chciała o sobie decydować. Części państw zachodnich zwłaszcza Francji i Niemcom mających pełne gęby frazesy o praworządności bliżej do agresora jak do ofiary.
Niemcy przez długi czas blokowały dostawy broni na Ukrainę, sugerując, że takie dostawy mogą zwiększyć napięcie i skomplikować negocjacje. Dlatego walczącym Ukraińcom zamiast uzbrojenia wysyłali 5 tys. hełmów, co spotkało się w Europie z wielką krytyką i kpinami.
W odpowiedzi zdecydowały się „dozbroić” Ukrainę, tylko, że starymi pociskami przeciwlotniczymi „Strela” pochodzącymi z zapasów armii NRD, a których Bundeswehra nie używa od ponad dekady. Zaczęto je utylizować bowiem wykryto mikropęknięcia w ładunku miotającym, a na niektórych opakowaniach pojawiła się pleśń.
Po emocjonalnym wystąpieniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego do deputowanych Bundestagu został odrzucony wniosek posłów CDU/CSU o wprowadzenie do porządku obrad debaty dotyczącej sytuacji na Ukrainie. Zamiast niej odbyła się zaplanowana debata na temat obowiązkowych szczepień.
Prezydenci francuscy Francois Hollande, a następnie Emmanuel Macron mimo, że od 1 sierpnia 2014 r. UE nałożyła embargo na eksport broni do Rosji w odpowiedzi na rozpętanie wojny w Donbasie i aneksję Krymu, zezwolili „na dyskretne dostawy broni”.
Jak podaje portal wPolityce.pl wg. dziennikarzy śledczych ze stowarzyszenia Disclose, Francja w latach 2014-2020 dostarczała sprzęt wojskowy Rosji. Od 2015 roku wydała 76 licencji na eksport towarów wojskowych (kamery termowizyjne do czołgów, systemy nawigacyjne, detektory podczerwieni dla myśliwców oraz śmigłowców bojowych, o łącznej wartości ok. 152 milionów euro, które dziś są wykorzystywane na Ukrainie.
Nie tylko Francuzi łamali embargo. Jak informuje portal Investigate Europie co najmniej 10 państw UE sprzedało w latach 2015-20 sprzęt wojskowy Rosji za 346 mln euro. Niemcy m.in. lodołamacze, uzbrojenie strzeleckie i pojazdy za 121,8 mln euro.
Również na mniejszą skalę sprzęt wojskowy sprzedawały Włochy, Austria, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Finlandia, Hiszpania i Chorwacja.
Osobiście nie przywiązywałabym zbyt wielkiej wagi do tego typu zestawień. Równocześnie z przewagą ilościową musi występować współpraca, zaangażowanie i wola walki.

Foto: internet
Zostaw komentarz