Od pewnego czasu narastało niezdrowe napięcie między pracownikami naukowo-dydaktycznymi z uwagi na przydział sal. Zdecydowana większość wolała prowadzić zajęcia na parterze. Bo wtedy nie trzeba daleko przemieszczać się po pobraniu klucza. Zwłaszcza, że pobieraniu kluczy zawsze towarzyszyła niełatwa zagadka. Portier pytał o różne rzeczy i jak wykładowca nie znał odpowiedzi, nie dostawał kluczy do sali. Wówczas upokorzony snuł się z nimi po korytarzu i mamrotał coś pod nosem a gawiedź studencka miała z tego bekę. Bo wszyscy wiedzieli, że sala jest wolna, tylko wykładowca skrewił.

– Pan da jakąś salę na parterze, w zamian za 423. Ja się w tej sali źle czuję, proszę mnie zrozumieć. – powiedział wykładowca w średnim wieku w marynarce z sekendhendu. Bardzo proszę – powiedział przybliżając się do pracownika ochrony. – To dla pana, powiedział, dyskretnie kładąc mu na biurku pakiet zupek chińskich.

– Herbaty pan nie masz? – zapytał ochroniarz – właśnie nam się kończy, a zupek mamy pod sufit. Pan powie kolegom, że teraz herbata i kawa potrzebne są, bo tych chińskich zupek do 2030 roku nie przerobimy. Herbata czarna, nie jakieś tam napary z byle ziół i czcziny.

– Oczywiście – powiedział skłoniwszy głowę pracownik naukowo-dydaktyczny – będę mieć to na uwadze następnym razem.

– I konserwy turystyczne oraz pasztety, tego potrzebujemy. No i pożywną wódeczkę żeby nam się noce nie dłużyły. – zaśmiał się rubasznie pracownik ochrony. – To coś, co miało być do walki z kowidem już dawno wypite. Te spraje znaczy się, ale jak przez papier toaletowy się przepuści i zmiesza z sokiem jabłkowym, to wchodzi i nieźle, powiem panu, kopie w beret. Oby więcej takich pandemii! – powiedział pracownik ochrony.

– To ile mam tego przynieść, żeby mieć zajęcia na parterze, ale nie w sali 423? – zapytałem.

– Słyszał pan profesor coś na temat referencji? To znaczy tego, że kto da więcej? Skąd mam wiedzieć ile wódki przyniosą filozofowie, biolodzy czy historycy? Kto da więcej, wygrywa, sprawa jasna.

– A ile i jaką wódkę oni na ogół przynoszą? – zapytałem.

– To zależy, bo część niepijąca często zostawia u nas alkohole, które dostali w prezencie, na przykład po obronie doktoratu. Sami nawet nie wiedzą co to jest. Najlepszy jest jednak Bocian, bo ma taką wąską szyjkę. Umożliwia ona bowiem powolną konsumpcję i nie powoduje efektu nagłego upojenia alkoholowego. Dolewamy ją sobie do herbaty i cieszymy się życiem nocnym.
Na zapleczu recepcji wychyliliśmy z panem z ochrony dwie szklanki pożywnej wódeczki. Do czasu przyglądały się nam ogórki kiszone i kapusta kiszona. Potem zniknęły.
– Bo gdyby była zjeżdżalnia, najlepiej taka z zakrętami, to byłoby to coś. Możemy prowadzić zajęcia na czwartym piętrze, ale tylko wówczas, gdy dane nam będzie po ich zakończeniu zjechać w dół zjeżdżalnią, ale nie windą – do niej już się przyzwyczailiśmy i nie stanowi dla nas atrakcji. Z co najmniej dwoma krętymi zakrętami. – zadeklarowałem.
Walka o możliwość odbywania zajęć na parterze wchodziła w decydującą fazę. Na recepcji nie było już miejsca na wódkę i konserwy. Piętrzyły się one pod sam sufit. Nadprogramowe ilości były o poranku wchłaniane przez pracowników naukowo-dydaktycznych. Niektórzy dzień wcześniej nic nie jedli, żeby zaoszczędzić i przychodzili do portierni po jedzenie. A było go dużo, bo i sporo było sal na parterze i – nie ukrywajmy – pewna korupcja. Ci jednak, którym nie udało się załatwić zajęć na parterze mogli się przynajmniej najeść konsumując produkty tych, którym sale na parterze przydzielono. Jeden pracownik przychodził regularnie z metalową miską i kazał sobie na raz zalać w niej dwie zupki chińskie. Jadł, że aż mu się uszy trzęsły. A potem wykładał na Historii Sztuki. Syty i gnuśny.
– Nie wygląda to za dobrze – powiedział Kierownik Działu, który dopiero co stracił czarnego kundla – nie wygląda to dobrze – powtórzył.

– To co, mamy to wyrzucić na śmietnik? – zapytał nieśmiało pracownik ochrony (na stojąco oczywiście) w odniesieniu do sterty wódek i zupek chińskich.

– Zanieście to do mojego biura. Płyny znaczy tylko. Tam bowiem do końca swojego życia zamierzam się upijać wódką, a jak mnie wyrzucą za to z pracy, to tym bardziej. Nie wyszło mi w życiu. Czarny kundel rozjechany Passatem, dziewczyna z przedmieść okazała się nieadekwatna. Same porażki. – westchnął Kierownik Działu. – Ale ja im wszystkim jeszcze pokażę.

Rozpoczął się montaż zjeżdżalni z czwartego piętra na parter. Wylot znajdował się koło masztów przy wejściu głównym. Ostatecznie zdecydowano, że zamiast wpadać do wody lub piasku, basen wypełniony zostanie plastikowymi piłeczkami i zużytymi butelkami plastikowymi. Nad montażem czuwał Woźny, starszy facet z wąsem, chodzący wszędzie z białym psem. Wydawał polecenia, sprawdzał jakość montażu. Przypominał sobie lata swojego dzieciństwa, gdy na kolonii nad morzem też widział zjeżdżalnię, ale mniejszą.

– Panie Woźny – zawołał z góry zwykły robotnik – a czy zjeżdżalnią będą jeździć też profesorowie czy tylko doktorzy? Bo nie wiemy jak dobrać krzywiznę zakrętów. No i ile ważą wasi pracownicy, bo to też jest istotne.

– Głównie profesorowie będą jeździć, reszta normalnie wybiera schody. A co do wagi, to różnie, choć jest na politologii taki solidny wieprzek, na moje oko ok. 120 kilo. Zróbcie tak, żeby się zjeżdżalnia nie zerwała i tak ustawcie krzywizny, żeby nie utknął gdzieś w trakcie zjeżdżania. Trzeba byłoby go wtedy przepychać. Ech…

Wbrew początkowym oczekiwaniom, zainteresowanie zjeżdżalnią wśród pracowników rosło. Wielu deklarowało, że będzie z niej korzystać wraz z członkami swojej rodziny. Samorządy – studencki i doktorancki również wyraziły chęć zjeżdżania, nawet w przypadku, gdy na czwarte piętro trzeba będzie nie piechotę iść. Utworzył się komitet kolejkowy. Ostatni chętny do zjazdu miał na niego czekać aż trzy tygodnie.

Ostatecznie na placu budowy pojawił się Kanclerz, Woźny i Dziekan do spraw zewnętrznych. W trójkę obejrzeli obiekt i uznali jego użyteczność. Nie zgłoszono jakiś istotnych korekt do regulaminu poza tą, że profesor zwyczajny nie powinien po wylocie ze zjeżdżalni czuć się i reagować jak dziecko. I że można z tej zjeżdżalni korzystać jedynie w garniturach i garsonkach, co umożliwi płynność całego przedsięwzięcia.

Na otwarciu zjeżdżalni była ponad setka młodzieży studenckiej. Widok spadających do basenu wypełnionego kolorowymi plastikowymi piłeczkami wykładowców w krawatach i garniturach jedynie umocnił w nich postanowienie dalszego studiowania w murach naszej szacownej uczelni.