Urodziłem się w październiku 1974 roku. Pod sam koniec tego miesiąca. Dokładnie 28. w święto usta-nowienia Czechosłowacji. Państwa, którego nie chciała większość Czechów i Słowaków, bo pewniej czuli się w ramach wielkiej Austrii, która nie wymagała od nich nic więcej poza nicnierobieniem na szko-dę upadającego i tak śródlądowego imperium, z niewielkim dostępem do morza i jedną łodzią podwod-ną, która dla bezpieczeństwa pływała na powierzchni żeby uniknąć ryzyka niewypłynięcia. A jej kierow-nik, z narodowości Węgier, do końca swoich dni paradował w mundurze admirała.
No więc urodziłem się w PRL. Było to państwo w jakiejś mierze, chyba przeważającej, nierzeczywiste. Część rzeczy było na serio, część na niby, a kto umiał odróżniać jedne od drugich jakoś funkcjonował. Ponieważ mój Tato był największym – co zawsze podkreślał – kierownikiem internatu w Polsce Połu-dniowej (nigdy nie dowiedziałem się o jego odpowiedniku w Polsce Północnej), mieliśmy w mieszkaniu radziecki kolorowy telewizor marki Rubin. Miał niestety złą sławę, bo co 10 egzemplarz po jakimś czasie użytkowania wybuchał raniąc lub zabijając widzów. Dlatego zawsze oglądaliśmy go po skosie. Druty z anteny były przymocowane za pomocą plasteliny i zapałek. A jak coś nie stykało, wystarczyło walnąć z całej siły w obudowę i wszystko zaczynało normalnie funkcjonować.
Jak miałem siedem lat ogłoszono stan wojenny. Jako dziecko myślałem sobie, że to jakaś zabawa urzą-dzona przez władze, żeby odciągnąć uwagę od niedoborów w zaopatrzeniu sklepów spożywczych. Ale niestety myliłem się. Każdego dnia w naszym mieszkaniu służbowym pojawiał się smutny ubek i coś no-tował. Telewizor działał, ale odbierał już tylko sygnał czechosłowackiej telewizji. Dzięki temu nauczyłem się tego języka. I czeskiego, i słowackiego. Swoje dzieciństwo wspominam zasadniczo dobrze. Słońce świeciło, czasami byłem pogryziony przez bezpańskie psy, ale liściem babki załatwiałem temat, wspinali-śmy się na gzymsie budynku przy Sienkiewicza na 20 metrów i nikt z nas nie spadł, wpierdzielaliśmy się na nielegalu przez dziurę w płocie na kąpielisko na Alei Łyska, w którym woda tylko udawała wodę, bo była cała zielona, a jak kierownik poinformowany przez kogoś o zmierzającym w stronę basenu Sanepi-dzie, wrzucał taki magiczny niebieski granulat do niecki, woda stawała się krystalicznie czysta. Śmiem twierdzić, że jak chemia w 15 minut jest w stanie z zielonej breji zrobić Adriatyk, to musiało się to jakoś odcisnąć na zdrowiu użytkowników basenu. Ale wtedy nikt nie dbał o zdrowie, wszyscy chcieli poi pro-stu przeżyć.
***
Potem był rok 1989. Annus mirrabilis. Czy jakoś tak. Rok cudów. Zaczynałem wtedy naukę w Technikum Hotelarskim w Wiśle. Trzech chłopaków i 27 dziewczyn. To motywowało nauczycieli do tego, aby mimo braków postępów w nauce nie zostawiać nas na kolejny rok, bo wówczas klasa stałaby się w 100 pro-centach żeńska.
Wtedy też zacząłem się interesować polityką wspólnie z Przemkiem Działańskim, dziedzicem słynnego dworu w Kórniku w Wielkopolsce. Debatując na tematy polityczne nie mogliśmy zrezygnować ze wspomagania w bardziej intensywnym myśleniu. W tym celu założyliśmy szkolny radiowęzeł, który sta-nowił przykrywkę do konsumpcji wina porzeczkowego z Czechosłowacji w cenie 27 koron plus 3 korony kaucja. Raz po takiej imprezie, na lekcji z języka polskiego pod kierownictwem mgra Kezwonia zapalili-śmy w ostatniej ławce ognisko, na co przerywając swój wywód, nauczyciel zwrócił nam uwagę mówiąc „ej, ej fajermani”. I pozwolił nam na dokończenie ogniska.
Magister Kezwoń napisał następnie taki wiersz pt. Gehenna:
Tu można przeżyć
choroby
śmierć kliniczną
zdradę
rozstanie na wieczność
lęk
ból który nazywamy współczuciem
kataklizmy naturalne
pustkę kosmosu
rzezie niewiniątek i morderców
depresję
i wzloty ponad dno
miliony jeszcze innych
mocnych wrażeń
Nie jest tak źle
zawsze mamy do wyboru
nicość
lub
niepewne
może nawet podobne do naszego
życie pozagrobowe
***
Drugą połowę lat 90. XX wieku jakimś cudem udało mi się przeżyć. W Warszawie. Trzykrotnie byłem wówczas zaatakowany przez nożowników. Występujących zazwyczaj w otoczeniu swoich patokobiet, bardziej agresywnych od nich samych. Z jednym, w tramwaju nr 17 udało mi się nawet nawiązać dialog. Powiedziałem mu, że mam 20 złotych, ale nie dam bo to moja kolacja a ja nie zwykłem kłaść się do snu głodnym. Chwilę gadaliśmy ze sobą podczas gdy ten chłopak powoli chował nóż za pazuchę. Był spod Łomży, miał spartolone dzieciństwo, ojca, który go nie kochał. Przez chwilę robiłem za domorosłego psychoterapeutę dopóki ta jasnowłosa tleniona blondyna nie szarpnęła go powiedziawszy „wychodzi-my” tylko w bardziej wulgarnym wydaniu. Ja wtedy byłem ubogim studentem, na obiad w baraku nr 44 na warszawskich Jelonkach jadłem zazwyczaj gotowany ryż z najtańszym dżemem kupowanym w HIT (był kiedyś na Górczewskiej taki hipermarket). Gdy na III roku studiów znalazłem pracę, to stać mnie było nawet na mortadelę dwa razy w tygodniu. Obowiązkowo w jajku i bułce tartej. Z alkoholi był Brok w butelce bezzwrotnej po promocji za 1,69. Ważne, że nie bezalkoholowy. No i że nie było na sucho latać do sklepu po zwrot kaucji, pamiętając o zachowaniu paragonu.
Pewnego lata Bodek miał gest. Bodek był tzw. wiecznym studentem, który wkupił się w łaski dyrektora administracyjnego. Razem pili, razem palili, a jak dziekan skreślał Bodka z listy studentów, to zwalisty dyrektor pojawiał się i nic nie musiał mówić. Taki był ważny. Ale pewnego razu Bodek dostał bana na pełnienie funkcji. Wtedy zostałem tzw. słupem i przez kilka miesięcy pełniłem rolę przewodniczącego samorządu studentów. Jako benefit, miałem procent od usług kserokopiarskich, na których trzymał łapę Bodek, a na Bodku dyrektor. Pewnego dnia Bodek zabrał mnie do HIT-u i powiedział: „kupuj co chcesz, na mój rachunek”. I kupiłem kilo pasztetu z jakiegoś drobiu. Chyba z indyka. Elegancko zafoliowanego. – A alko? – zapytałem Bodzia nieśmiało. Tenże odpowiedział – trzeba się szanować, alko pojedzie za nami. Chłopak był z Podlasia, miał ułańską fantazję. Trzy taksówki jechały za nami, a w każdej pół litra Wyborowej. Nad ranem obudziłem się na korytarzy w baraku nr 70 w objęciach nieznanej mi kobiety. Na szczęście do niczego nie doszło, po prostu przykleiła się do mnie jak poczułem pierwsze oznaki zmę-czenia.
Na Jelonkach żyło się w tradycji ludów prymitywnych. Pojawiały się jakieś dzieci, ale nikt nie wiedział, kto je urodził, więc należały do wszystkich. Nikt nawet nie pamiętał, a zwłaszcza nieogoleni mężczyźni, kto je na ten nędzny padół sprowadził. Zatem kolektywnie uznano, że to są dzieci wszystkich. Same dzieci chyba były nawet zachwycone taką konstrukcją adopcyjną. No i grille były od wiosny do jesieni. Jakoś dziwnie miejscowe koty i psy znikały wtedy z pola widzenia. W 1994 roku zamieszkałem w baraku nr 71 albo 70. Trzy osoby w jednym pokoju. Jeden prysznic na 50 osób. Bojler, ciepłej wody starczała na 3-4 osoby. Naprzeciwko mieszkała studentka użyczająca za pie-niądze swojej pochwy. Wieczorami i w nocy słychać było jęczenie. My byliśmy w tym czasie zajęci lektu-rą Katechizmu KK, który został mi skradziony latem, 1994/95. Mimo, ze był w pudle na okoliczność po-wrotu.
***
W czasie studiów trochę się działo. Szczęśliwie nie trafiłem na studentki z historii sztuki. Te były nie-przewidywalne. Trafiłem na przewidywalną i rozwiodłem się z nią po trzech dekadach. Po drodze urodzi-ły się moje dzieci, na szczęście z moimi genami. Fajne takie i mądre. Dzieci nadal stanowią o sensie mo-jego życia.
***
Jestem małym robaczkiem w kosmosie. Mam świadomość tego, że co napiszę, być może nikt nie prze-czyta. Ale chciałbym się, także w imieniu tych, którzy z różnych względów nie chcą o tym mówić, po-wiedzieć, że mam oficjalnie zdiagnozowaną chorobę dwubiegunową w połączeniu z depresją lękową i ADHD. Ładnie wiąże się to w osobowość borderline. Niestety ja ją mam. To cholerna choroba, obciąża-jąca mnie i, co gorsza, moich najbliższych.
***
Dziś jest czwartek. To dobry dzień, ani nie poniedziałek, ani weekend. Coś pośredniego. Takie coś nic. Nawet nazwa tego dnia jest dziwna, sugerująca jakby za chwilę miało wydarzyć się coś nieprzyjemnego. No więc czekam. Piętro pode mną są gabinety psychiatryczne. Korci mnie, żeby tam pójść, ale jeszcze nie teraz. Póki co otwieram drzwi zagubionym pacjentom i wskazuję drogę do gabinetów. W 90% to kobiety. Faceci nie chcą się leczyć.
***
Na podwórku spokój, bo i nie ma kto go zakłócać. Zniknęła magnolia, którą posadziłem w 2012 roku, albo później, nie pamiętam. Szkoda jej. Za to druga pięknie kwitnie. Cudownie wręcz. Jakby chciała zrekompensować mi utratę tej drugiej. Sporo jest roślin wokół mnie, tak jakby starały się o to, abym żył i nie tracił nadziei. Czasem mówią do mnie ale ja nie znam ich języka, tylko potakuję głową, udając że rozumiem.
***
Najgorsze w życiu jest to, gdy zapomina się własnego imienia.
Zostaw komentarz