Debata Biden-Trump potwierdziła to, co wiemy od dawna: prezydent Biden jest „żywym trupem”, z powodu wieku i związanej z nim demencji niezdolnym od dawna do sprawowania urzędu.

Należy zatem uznać, że już od dłuższego czasu polityka amerykańska jest kreowana poza jego udziałem, podczas gdy on robi wyłącznie za figuranta. W jakimś stopniu z tego wynika też pewno jej ogromna słabość, niespójność i brak wizji strategicznej. W zależności od tego, która grupa wpływu zdobywa taktyczną przewagę wśród „grupy tyrzymającej władzę” – takie akcenty w danym momencie są na topie amerykańskiej agendy. Jeszcze niedawno nader wpływowy był tzw. „squad”, czyli grupa ultraprogresywnych polityków ugrupowania Bernie Sandersa forsujących „otwarte granice” i rozbudowane polityki wsparcia imigrantów. W zakresie polityki obronnej administracja Bidena realizuje ostrożnościowy program prezydenckiego doradcy Jacka Sullivana a w zakresie spraw międzynarodowych – równie ostrożny program sekretarza Blinkena, co razem przekładało się na system „inkrementalnego” zwiększania wsparcia dla Ukrainy, za każdym razem wyłącznie do progu kolejnej wydumanej „czerwonej linii”, za czym stoją ogromne straty po stronie ukraińskiej.

Sromotna klęska Joe Bidena w debacie telewizyjnej, która odbyła się dziś w nocy naszego czasu spowodowała ogromny wstrząs w obozie demokratycznym, który łudził się, że w ramach rekonwalescencji w wiejskiej rezydencji w Camp David uda się urzędującego prezydenta „zrewitalizować” na tyle, że jakoś da radę postawić się energetycznemu Donaldowi Trumpowi. Zamiast tego cały świat mógł obserwować bezradnego staruszka z najwyższym trudem próbującego skonstruować najprostsze zadania, co chwilę „zawieszającego się” i gubiącego wątek. Było to, niestety, obraz poniżający dla mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone. Każdemu, kto sięga pamięciom w czasy minione musiały przypomnieć się wystąpienia „późnego” Leonida Breżniewa, a przecież nawet Breżniew wydawał się wówczas bardziej „ogranięty” niż dziś Biden.

Należy zatem spodziewać się próby raptowanej podmiany demokratycznego kandydata na prezydenta. Spore szanse ma tu urzędująca wiceprezydent, ultraliberalna Kamala Harrris. Jej starcie z Donaldem Trumpem będzie miało wóczas charakter zderzenia dwóch kompletnie już przeciwstawnych wizji kraju, właściwie będzie to przysłowiowe „zderzenie cywilizacji”. Kamala Harris, to bowiem taki trochę amerykański odpowiednik naszej Barbary Nowackiej.

Wobec Joe Bidena będą teraz formułowane przez jego własną partię ostre żadania rezygnacji z kadydatury. Osobiście – życzę Demokratom jak najgorzej!