Wrzucam początek mojej nowej, jeszcze nie ukończonej książki ( szkic): ,,Historia mojej rodziny jest drogą przez kontynenty. Zaczyna się w małej wsi Baranów niedaleko Nowego Sącza w południowej Polsce. Tam urodził się mój dziadek Franciszek Łyjak.
Nowy Sącz jest jednym z najstarszych miast południowej Polski i historycznym centrum regionu Sądecczyzny, położonym w dolinie Dunajca i Kamienicy u podnóża Karpat. Miasto zostało założone w XIII wieku i przez stulecia rozwijało się jako ważny ośrodek handlu na szlakach prowadzących przez Karpaty na Węgry. Okoliczne tereny należą do kulturowego obszaru góralskiego, w którym przez wieki kształtowała się charakterystyczna tradycja góralska – silne przywiązanie do ziemi, niezależność, pracowitość oraz głęboka religijność.
W pobliżu Nowego Sącza znajdują się liczne wsie o długiej historii, powstające często jeszcze w czasach średniowiecza. Jedną z nich jest wieś Baranów, niewielka miejscowość położona wśród pagórków i pól uprawnych Sądecczyzny. W pierwszej połowie XX wieku była to typowa galicyjska wieś rolnicza, w której życie mieszkańców koncentrowało się wokół pracy na roli, gospodarstw rodzinnych oraz parafii. Domy były najczęściej drewniane, a rytm życia wyznaczały pory roku i prace gospodarskie. Ludzie żyli skromnie, ale w silnej wspólnocie rodzinnej i sąsiedzkiej.
Mieszkańcy tych terenów należeli do kultury góralskiej Karpat. Górale od pokoleń znani byli z dużej samodzielności, hartu charakteru oraz umiejętności radzenia sobie w trudnych warunkach życia. Wielu z nich oprócz pracy na roli zajmowało się rzemiosłem, handlem lub sezonową pracą w innych regionach. To właśnie z takiego środowiska wywodzili się liczni emigranci, którzy na przełomie XIX i XX wieku wyruszali w świat w poszukiwaniu lepszego życia, docierając między innymi do Ameryki, Kanady czy Brazylii.
Mój dziadek jako młody chłopak, miał 18 lat zdecydował się opuścić rodzinne strony i ruszyć w świat. Zaciągnął się się na statek jako palacz okrętowy i w ten sposób ruszył w nieznane. Jego los zaprowadził go do Brazylii, do stanu Parana gdzie w tamtym czasie osiedlało się wielu emigrantów z Europy w tym liczne rodziny z Polski.
Stan Paraná w południowej Brazylii należy do najbardziej rozwiniętych regionów kraju. Leży na południu państwa, między stanami São Paulo i Santa Catarina, a od zachodu graniczy z Paragwajem i Argentyną. Region ten charakteryzuje się łagodniejszym, bardziej umiarkowanym klimatem niż większość Brazylii, rozległymi terenami rolniczymi oraz dużymi połaciami lasów araukariowych.
W drugiej połowie XIX i na początku XX wieku Paraná stała się jednym z głównych miejsc osiedlania się europejskich emigrantów, w tym bardzo licznej grupy Polaków. Szacuje się, że do południowej Brazylii przybyło w tym okresie ponad sto tysięcy polskich osadników, z czego bardzo wielu właśnie do stanu Paraná. Powstawały tu całe kolonie rolnicze zakładane przez przybyszy z Galicji i innych regionów Europy Środkowej. Dzięki temu w wielu miejscowościach regionu przez dziesięciolecia utrzymywały się polskie tradycje, nazwiska, język i kultura.
Jednym z takich miejsc była miejscowość Arapoti, położona w północno-wschodniej części stanu Paraná.To właśnie tutaj, w miejscowości Arapoti, mój dziadek osiedlił się na stałe. Region ten w pierwszej połowie XX wieku bardzo sprzyjał rozwojowi rolnictwa. Południe Brazylia miało łagodniejszy klimat niż tropikalna część kraju, żyzne gleby i ogromne przestrzenie ziemi dostępnej dla osadników. Dlatego właśnie w stanie Paraná powstawało wiele gospodarstw zakładanych przez europejskich emigrantów, w tym liczne rodziny z Polski. Ludzie przyjeżdżali tam z niewielkim majątkiem, ale dzięki pracy i dostępowi do ziemi mogli stopniowo rozwijać swoje gospodarstwa.
Mój dziadek również założył tam farmę i z czasem rozwinął hodowlę bydła. Jego stado liczyło około dziesięciu tysięcy sztuk. W realiach południowej Brazylii nie było to jednak nic nadzwyczajnego. Rozległe pastwiska i sprzyjający klimat sprawiały, że hodowla mogła rozwijać się na dużą skalę, a zwierzęta przez większą część roku pasły się na naturalnych łąkach.
Dziadek prowadził także niewielką rzeźnię i zajmował się rzemiosłem. Na takich farmach starano się wykorzystywać wszystko, co dawała hodowla bydła. Mięso trafiało na sprzedaż lub na potrzeby gospodarstwa, a skóry były cennym surowcem dla rzemieślników. Ze skóry szyto między innymi buty.
Jako dziecko pamiętam jeszcze stare podeszwy do butów z charakterystycznym napisem firmy Goodyear. Zawsze mnie to intrygowało, bo nazwa ta kojarzyła mi się wyłącznie z oponami samochodowymi. Dopiero później dowiedziałem się, że ta sama firma produkowała także podeszwy do obuwia skórzanego. Dla mnie, jako chłopca, było to wtedy małe odkrycie.
Tak wyglądało życie wielu rodzin emigrantów w południowej Brazylii. Na farmach pracowało się ciężko, ale starano się wykorzystać wszystko, co dawało gospodarstwo. Hodowla bydła dawała mięso, skóry i utrzymanie całej rodziny, a zaradność i pracowitość były podstawą codziennego życia.
Najważniejszym miastem regionu jest Curitiba stolica stanu Paraná i jedno z największych miast południowej Brazylii. Miasto zostało założone w XVII wieku, a w XIX wieku zaczęło dynamicznie rozwijać się dzięki napływowi europejskich imigrantów. Wśród nich bardzo dużą grupę stanowili Polacy, dlatego Curitiba przez długi czas była jednym z głównych centrów życia polonijnego w Ameryce Południowej.
Powstawały tu polskie szkoły, parafie, stowarzyszenia i organizacje społeczne. Miasto szybko stało się ważnym ośrodkiem handlowym i edukacyjnym regionu, a dla wielu młodych ludzi z okolicznych miejscowości było miejscem zdobywania wykształcenia.
Ciekawostką jest fakt, że w południowej Brazylii do dziś istnieją miejscowości, w których język polski przetrwał jako język codziennej komunikacji. W niektórych gminach stanu Paraná, takich jak São Mateus do Sul, język polski został nawet uznany za język współurzędowy i element dziedzictwa kulturowego regionu. W wielu rodzinach potomków polskich emigrantów wciąż mówi się tam po polsku, często w dawnej gwarowej formie przywiezionej przez osadników z Galicji w XIX wieku. Podobna sytuacja występuje także w innych miejscowościach regionu, między innymi w Mallet czy Cruz Machado, gdzie polskie tradycje i nazwiska są obecne od ponad stu lat.
To tu na tej ziemi w Arapoti mój dziadek się osiedlił,założył gospodarstwo rolne, hodował bydło, miał rzeźnie.Tu się ożenił z Heleną z domu Lichocką, tu przyszedł na świat mój ojciec Edwin Łyjak i moja ciocia Irena Łyjak.
Dzieci polskich emigrantów często mieszkały na rozrzuconych po regionie farmach, dlatego dla edukacji wysyłano je do większych miast. Mój ojciec wraz ze swoją siostrą uczęszczali do szkoły z internatem w mieście Curitiba. Szkołę prowadziły zakonnice. Uczyły się tam dzieci różnych narodowości, między innymi Polacy i Niemcy, którzy również licznie zamieszkiwali południową Brazylię. Nauka odbywała się głównie w języku portugalskim, ale silnie obecna była także tradycja religijna i europejskie korzenie uczniów. Dzieci wracały do domu na wakacje i ferie Na farmie każdy miał swojego konia którym się opiekował.Ulubione zajęcie dzieciaków, to ganianie na koniach pancerników po preriii.
W latach pięćdziesiątych sytuacja społeczna w Brazylii zaczęła się stopniowo zmieniać. W wielu regionach kraju pojawiały się silniejsze ruchy robotnicze i związki zawodowe, a w środowiskach pracowniczych coraz częściej pojawiały się idee o charakterze socjalnym i lewicowym. W tym samym czasie wśród Polonii w Ameryce Południowej działała również propaganda przedstawiająca powojenną Polskę jako kraj dynamicznie odbudowujący się po zniszczeniach wojennych. Polska Ludowa była w tych przekazach pokazywana jako państwo sprawiedliwości społecznej, nowych możliwości i szerokich perspektyw dla ludzi pracy.
Dla wielu emigrantów, którzy od lat żyli daleko od ojczyzny, taki obraz działał bardzo silnie na wyobraźnię.
Tęsknota za krajem i rodziną łączyła się z przekonaniem, że w odrodzonej Polsce można rozpocząć nowe, dostatnie życie. Wśród części Polonii pojawiła się więc myśl o powrocie do ojczyzny, która w oficjalnych przekazach jawiła się jako kraj odbudowy, postępu i społecznej równości.
Właśnie w takim czasie zapadła decyzja o powrocie do Polski. Był to moment szczególny dla całej rodziny.
Mój ojciec miał wtedy dwadzieścia jeden lat i wkraczał dopiero w dorosłe życie. Powrót oznaczał opuszczenie miejsca, w którym spędził młodość, ale jednocześnie był powrotem do kraju przodków, o którym przez lata słyszał w rodzinnych opowieściach.
Warto dodać, że w tamtym okresie podobną decyzję podjęło wiele polskich rodzin mieszkających w Brazylii. W latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych część Polonii zdecydowała się opuścić Amerykę Południową i wrócić do Polski. Jedni kierowali się nadzieją na lepsze życie w odbudowującym się kraju, inni tęsknotą za ojczyzną i rodziną. Była to więc nie tylko indywidualna decyzja jednej rodziny, ale także część większego ruchu powrotów polskich emigrantów z Ameryki Południowej do powojennej Polski.
W 1954 roku z portu Santos przypłynęli do kraju statkiem MS Batory, który przywiózł ich do portu w Gdyni. MS Batory to jeden z najbardziej znanych polskich liniowców pasażerskich, który po II wojnie światowej był flagową jednostką polskiej floty handlowej. Statek został zbudowany w 1935 roku i od 1936 roku obsługiwał trasy transatlantyckie, przewożąc emigrantów oraz pasażerów między Europą i Ameryką. Po wojnie, jako część floty Polskich Linii Oceanicznych, nadal wykonywał regularne rejsy między kontynentami. Typowa trasa z Santos do Gdyni prowadziła przez Atlantyk wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej i Afryki, następnie przez północny Atlantyk do portów Europy Zachodniej, skąd statek kierował się na Morze Bałtyckie i do portu w Gdyni. W wielu rejsach statek zatrzymywał się po drodze w Rio de Janeiro, następnie po przepłynięciu Atlantyku w Dakarze lub na Wyspach Kanaryjskich, a później w jednym z dużych portów Europy Zachodniej, najczęściej w Southampton albo Hamburgu. Dopiero stamtąd kierował się na Morze Północne i przez cieśniny duńskie na Bałtyk do Gdyni. Rejsy tego typu trwały zwykle około dwóch do trzech tygodni, w zależności od liczby portów pośrednich i warunków na morzu.
MS Batory pozostawał w służbie aż do 1969 roku i zapisał się w historii jako jeden z symboli polskiej żeglugi pasażerskiej.W latach 60. starzejący się już Batory został zastąpiony nowym statkiem o podobnej funkcji.
W 1969 roku do służby wszedł MS Stefan Batory, który w pewnym sensie kontynuował tradycję swojego poprzednika. Do nazwy dodano imię króla Stefana Batorego, podkreślając historyczny i narodowy charakter statku.
Ten liniowiec pływał głównie na trasach transatlantyckich między Europą a Ameryką Północną i przez ponad dwie dekady był ostatnim polskim statkiem pasażerskim obsługującym regularne rejsy oceaniczne. MS Stefan Batory pozostawał w służbie aż do 1988 roku, kiedy zakończył swoją karierę, zamykając tym samym epokę polskich transatlantyków.
W 1954 roku statek zawinął do portu w Gdyni, który w tamtych latach był główną bramą dla powracających emigrantów. Na nabrzeżu przyjmowali ich urzędnicy zajmujący się repatriantami i reemigrantami. W powojennej Polsce działał system urzędów, które rejestrowały przyjazdy i kierowały całe rodziny do miejsc, gdzie państwo potrzebowało nowych mieszkańców. Często oznaczało to także przydział mieszkania lub domu.
Tak było również w ich przypadku. Po formalnościach w Gdyni zostali skierowani na Dolny Śląsk, do Wrocławia. Nie był to przypadek. Po wojnie miasto, zniszczone i niemal wyludnione po wysiedleniu niemieckiej ludności, potrzebowało nowych mieszkańców. Dlatego trafiało tu wielu repatriantów i powracających emigrantów z różnych stron świata.
Rodzina otrzymała niewielki dom przy ulicy Koszykarskiej w dzielnicy Pilczyce. Tam zaczęło się ich nowe życie po latach spędzonych w Brazylii. I właśnie w tym domu, na wrocławskich Pilczycach, przyszedłem na świat”……….
Zostaw komentarz