(felieton w tonie sowizdrzalskim, czyli z lekkim przymrużeniem oka 😜)

💯 Zacznijmy z grubej rury: kiedy ostatnio byłæś na imieninach – nie w „uro party” z brokatem na paznokciach, nie w „eventowym” lounge barze z prosecco o smaku waty cukrowej, ale na rasowych, trzypokoleniowych imieninach — z sałatką jarzynową, wazonem goździków i szklanką herbaty w koszyczku? No właśnie.

Trudno nie zauważyć, że obecnie w Polsce coraz częściej odchodzi się od świętowania imienin. Ma to związek z amerykanizacją i komercjalizacją życia codziennego. To przecież urodziny, a nie imieniny, stały się sztandarową okazją do świętowania — i to koniecznie z tortem z fontanną fajerwerków, świeczkami w kształcie liczby (ale broń Boże nie z przypomnieniem, ile tych świeczek powinno być…) i angielskim „Happy Birthday” na głośnikach.

Na fali tej popkulturowej odgapianiny („pawiem narodów jesteś i papugą”, jak mawiał pewien romantyczny wieszcz), urodzinowe gadżety zaczęły wypierać imieninowe bukiety i nasze swojskie „Sto lat!”. Widać to szczególnie w dużych miastach, gdzie imieniny coraz częściej traktuje się jak relikt z czasów, gdy telewizor miał drzwi, a zegar wisiał w kuchni. Ale na szczęście — nie wszędzie.

Bo przecież kiedyś było inaczej. Prosto, serdecznie – z przewidywalnym menu i nieprzewidywalnymi gośćmi.

Dawniej na imieniny człowiek nawet nie musiał nikogo zapraszać. Przychodzili. Ba! Przychodzili z góry wiedząc, że zastaną podanego śledzia i chleb, a może i ciasto drożdżowe z kruszonką — jak Pan Bóg przykazał, a babcia zdążyła. Dziś natomiast? Jeśli nie ma „eventu” na fejsbuku, to nie istniejesz. A już na pewno nie istnieją twoje imieniny.

🧙‍♂️ Imię: niegdyś magiczne, dziś marketingowe

Stanisław, Mieczysław, Zbysław – kiedyś nadawane z dumą, dziś brzmią trochę jak nazwy starych tramwajów albo generałów zapomnianej armii.
Z kolei imiona w stylu Kevin, Lexie czy Nataniel, choć piękne po swojemu, z kalendarza świętych raczej nie korzystają — chociaż i to się ostatnio zmienia. Ale są już na pewno w tej edycji influencerskiej: z błogosławioną Paris i świętym Brooklynem.

Nie mam oczywiście nic przeciw nowoczesności — ale trudno mi wyobrazić sobie tłumy śpiewające „Sto lat” na imieninach pani Unique. Choć… kto wie? Może właśnie na tym polega nowa tradycja: imieniny bez imienin, ale z konfetti i tortem w kształcie jednorożca.

🏰 Imieniny jako bastion tożsamości narodowej

Nie zapominajmy — imieniny były też formą drobnego, lecz stanowczego oporu kulturowego.
Kiedy zaborcy próbowali nam wmówić, że jesteśmy tylko numerkiem w metryce, my stawialiśmy opór… ciastkiem, serdecznością i śpiewem.
To była nasza dyplomacja miękkiego frontu — z sernikiem i uściskiem dłoni.

🎉 Powrót czy nostalgia?

Ale uwaga, coś się zmienia. Tu i ówdzie ktoś zaczyna znów pamiętać, że „dziś jest Zofii!”. Ktoś wysyła życzenia. Ktoś inny piecze ciasto „bo mama zawsze w ten dzień piekła”. I jak tu się nie rozczulić?

Może to nie zmartwychwstanie imienin — ale ich ciche przesunięcie z salonów do serc.
Bez pompy, bez zaproszeń – za to z szacunkiem, sentymentem i aromatem ciasta drożdżowego.

🍰 Imieniny: twardy bastion tradycji? Krakowiacy i Górale na straży!

U Krakowiaków i Górali imieniny jeszcze się trzymają, słowo daję!
Ten staropolski zwyczaj polewania wódeczki, uścisków nieplanowanych i serników pod pierzyną z galaretki trwa jak oscypek na patelni i lajkonik w czerwcu.

Gdy w innych regionach świętują tylko urodziny, w Małopolsce, zwłaszcza u Krakowiaków i Górali, wciąż rozbrzmiewa radosne „Sto lat!” i stuk kieliszków nad talerzem sałatki jarzynowej.

👴 Bo imię to rzecz święta

W tych stronach człowiek nie jest po prostu Janek.
On jest „Janek od Staszka z Zakamiennych”, a jak się zapomni o jego imieninach, to „a fe!” leci przez pół wioski. Tu nadal ktoś ci powie: „No, masz dziś! Kazimirzu! Nie wypijemy?” – i zanim zdążysz zaprzeczyć, masz już w dłoni kieliszek i kawałek serowca (z rodzynkami i zwyczajową kratką na wierzchu, bo „inaczej to nie serowiec”).

A jak takiego zapytasz, czemu tak celebruje imieniny, to ci powie:
„Bo urodził się przecie pies, owca i małpa w zoo – a tylko człowieka się chrzci i daje mu imię. I dlatego obchodzim imieniny, na pamiątkę tego właśnie”.
Sam to usłyszałem niedawno, a przyboczna Wena podpowiedziała, że to fajny casus na felieton. 😜

🎈 Między Paris a Zdzisławem

Współczesność próbuje wprowadzać imiona wprost z katalogów butików i netfliksowych hitów.
Ale spróbuj świętować imieniny z imieniem Apple albo Unique — nie ma szans.
Chyba że świętym patronem zostanie kiedyś Święty Influencjusz.

Dlatego Krakowiacy i Górale trzymają się mocnych, zarośniętych korzeni.
U nich Zdzisław ma swój dzień, tak samo jak Jadwiga — a nie „baby shower”, które brzmi bardziej jak prognoza pogody niż okazja do świętowania.

🏔️ Zasada gościa nieproszonego

Tu jeszcze obowiązuje święta zasada: na imieniny się nie zaprasza — się przychodzi.
A jak się nie przyjdzie, to potem się długo tłumaczy.
I żadne „miałem call na Teamsach” nie działa.

Wujek Staszek i tak ci powie, że jak świętego Stanisława nie uszanowałeś, to źle wróży — i krowa się może nie wycielić, albo i gorzej — śledzie się zepsują.

📅 Retro to nowe trendy

I może właśnie dlatego, w czasach gdy wszystko musi być „insta” i „hasztag”, imieniny wracają niczym moda na ceramikę z Bolesławca.

Coraz więcej ludzi z tęsknotą patrzy na te skromne, ale ciepłe dni, w których nie trzeba było mieć prezentu od jubilera — wystarczyła pamięć, obecność i ciasto od cioci.

Niech więc Krakowiacy i Górale dalej stoją na straży tej pięknej tradycji!
A cała reszta?
Niech się nie wstydzi — bo każdy pretekst do zjedzenia sernika, powspominania z sąsiadem i udowodnienia, że pamiętamy o sobie — jest wart świętowania.

Niech więc każdy świętuje co chce — urodziny, imieniny, a nawet rocznicę pierwszego selfie.
Ale nie dajmy imieninom umrzeć w ciszy.
Niech sobie będą — choćby z piernikiem zamiast tortu i z jednym gościem zamiast dwudziestu.

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄