Jeśli ktoś łudzi się, że nastąpi zmiana premiera albo, że Kaczyński ustąpi z przywództwa partii, ten się rozczaruje. Bo obaj to samce alfa w swoich „stadach”. Gdyby ich nie było, reszta w „stadzie” rzuciłaby się sobie do gardeł by wywalczyć wodzostwo dla najsilniejszego.

Zacznijmy od definicji. Któż to jest ten samiec alfa?

W świecie zwierząt, dominujący samiec, który w hierarchii pełni rolę przywódczą.
Gdy starzeje się albo słabnie, inne samce pretendujące do tej roli, zaczynają toczyć zażartą walkę by zdobyć to miejsce dla siebie.
Nie tylko chodzi o to by jako jedyny w stadzie mieć dostęp do haremu samic, ale też o to by sprawować władzę.

W świecie ludzkich samców widać to jak na dłoni.

Tu już w grę nie wchodzą samice, ale władza nad swoim „stadem”, które – tak myślą- bez nich by się rozpierzchło.

Tusk i Kaczyński mają wszelkie cechy samców alfa.
Są pewni siebie, silni ( nie w znaczeniu fizycznym), dominujący za pomocą przywódczej charyzmy.
I choć tego na pierwszy rzut oka nie widać, potrafią silną ręką rządzić rozmaitymi frakcjami.
Najczęściej za pomocą „kija i marchewki”.

Kijem mogą być: dymisja z prestiżowego stanowiska, słabe miejsce na liście wyborczej.
Ostatecznie, „odstawienie od cyca” czyli wywalenie z partii .

Marchewką zaś, przesunięcie się na górę w „hierarchii dziobania” czyli awans partyjny skutkujący wejściem do kręgu „partii wewnętrznej”.

Reszta „stada” indywidulanie i pod postacią różnych frakcji, dobrze to wie.
I dopóki samiec alfa jest nadal silny i dominujący, będzie mu posłuszna.
Jeśli taka sytuacja trwa zbyt długo, po ustąpieniu „starego” samca alfa nastąpi kryzys przywództwa, bo następca, który sobie tę rolę wywalczy, może być zbyt słaby by zapanować nad resztą „stada”.

Zarówno PO jak i PiS są partiami wodzowskimi, choć Tusk to skrzętnie ukrywa.
Kaczyński zaś, jest z tego dumny, bo „partia to on”.

Nie liczyłbym, w najbliższej przyszłości, na jakiekolwiek zmiany na szczytach PO czy PiS, albo rządu.