Nie mam w zwyczaju polemizować z tekstami publikowanymi w prasie, tym bardziej tzw. prasie katolickiej, jednak zamieszczony w ostatnim numerze Gościa Niedzielnego tekst ks. Jerzego Szymika, którego bardzo cenię jako teologa i poetę, wywołał we mnie wielki sprzeciw.
Dostaję też wiele próśb od zdezorientowanych księży z prośbą o odpowiedź na pytanie: czy się z tym zgadzam? Otóż zasadniczo nie! I kiedy już miałem pisać dokładnie z czym i dlaczego się nie zgadzam, dostałem sms od młodego księdza. On całkowicie wyraża moje myśli, a z racji na Autora jest jeszcze bardziej prawdziwy. Otrzymałem zgodę na publikację jego fragmentów:
„Po publikacji tego artykułu rozmawiam z różnymi znajomymi księżmi. Na prywatnych forach i w osobistych wiadomościach toczy się wiele dyskusji. Jest w nich sporo bólu, rozczarowania i bezradności. Wielu z nas obawia się jednak zabrać głos otwarcie. Boimy się niezrozumienia, przypięcia etykiety, konsekwencji w relacjach z przełożonymi czy w dalszej posłudze. Nie potrafię ocenić, na ile każda z tych obaw by się spełniła, ale sam fakt, że księża boją się uczciwie opowiedzieć o swoim doświadczeniu, powinien nas głęboko niepokoić. W liście ks. Szymika dostrzegam troskę o powołanie, przywiązanie do Chrystusa i wezwanie do wierności. Są tam słowa, pod którymi mogę się podpisać. Trudno mi jednak przyjąć sposób, w jaki zostały zestawione łaska, terapia, nauka i troska o równowagę życia. Zdanie, że komplikacji życia nie rozwiąże żadna terapia ani nauka, a jedynie łaska, może zostać bardzo boleśnie usłyszane przez człowieka, który właśnie dzięki profesjonalnej pomocy odzyskuje siły do życia i posługi. Znam wielu księży, młodszych i starszych, którzy korzystali z psychoterapii i pomocy medycznej. Ich historie pokazują, jak bardzo potrzebujemy całościowego spojrzenia na człowieka. Kiedyś sam dzieliłem się z Księdzem Arcybiskupem tym, że w ogromnym kryzysie pomogły mi przetrwać modlitwa, przyjaźń i profesjonalna pomoc. Wszystko to miało swoje miejsce. W ludzkiej obecności i kompetentnej pomocy również rozpoznawałem działanie Boga. Dlatego tak trudno czyta mi się słowa: „Cierpienie jest dla Ciebie, miłość dla owiec”. Ksiądz także potrzebuje miłości i troski. Potrzebuje wspólnoty, która zauważy jego samotność, lęk czy wyczerpanie. „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam” dotyczy również nas. Jesteśmy odpowiedzialni za siebie nawzajem, także za pasterza, który przez długi czas próbował troszczyć się o wszystkich, a sam został ze swoimi trudnościami. Boli mnie również paternalistyczny ton tego listu. Autor zaznacza, że nie należy porównywać ciężaru krzyży różnych pokoleń, ale później mam wrażenie, że doświadczenie młodszych księży zostaje ocenione według gotowego wzorca. Jakby wolno nam było mieć trudności, lecz już sposób ich rozumienia i szukania pomocy wymagał usprawiedliwienia. Tymczasem nasze krzyże są rzeczywiste, nawet jeśli różnią się od tych, które nieśli nasi starsi współbracia. Potrzebujemy ich doświadczenia, ale potrzebujemy też, żeby zechcieli usłyszeć nasze. Zastanawiam się, czy część tego napięcia nie wynika z historii pokolenia ukształtowanego w epoce komunizmu. Mam szacunek dla odwagi, której wymagało tamto doświadczenie. Czasem jednak wyczuwam w kościelnym języku potrzebę nieustannej walki i odnajdywania kolejnego zagrożenia. Obawiam się, że wtedy nawet troska o zdrowie psychiczne i ludzkie granice zaczyna wyglądać podejrzanie. Piszę o swoim odczuciu, nie chcąc osądzać całego pokolenia ani przypisywać autorowi intencji. W tym tekście brakuje mi też światła poranka paschalnego. Jest tak wiele o cierpieniu, ofierze i wytrwaniu, że pozostaje we mnie poczucie zatrzymania na Wielkim Piątku. A przecież Jezus zwyciężył. Moją najważniejszą walką jest walka o wierność Jemu, o zdolność kochania, ufania i codziennego powracania do Niego. Chciałbym, żeby nasze mówienie o kapłaństwie pomagało kierować wzrok ku Chrystusowi zmartwychwstałemu i czerpać z Jego zwycięstwa odwagę do życia. Piszę o tym również dlatego, że właśnie rozmawiam z jednym z młodszych księży, dla którego ten artykuł stał się kolejnym bolesnym doświadczeniem niezrozumienia. Obawiam się o tych, którzy już żyją na granicy wytrzymałości i rozważają odejście z kapłaństwa. Taki tekst może pogłębić ich przekonanie, że w Kościele nie ma miejsca na ich kruchość, pytania i potrzebę pomocy”.
Tyle ten młody ksiądz. Dziękuję za odwagę napisania tych słów. Nie umiem nic do nich dodać, poza prośbą do księży, którzy od dawna mają niekończący się Wielki Piątek, by się tego nie wstydzili i nie bali się prosić o pomoc także ludzi, fachowców, którzy nie są przecież konkurencją dla Boga, lecz Jego darem. I nie przestawajcie wierzyć, że po każdym Wielkim Piątku przychodzi Rezurekcja. A tych, którzy mają się lepiej, proszę, by nie zamykali oczu i serca.
Autor: Abp Adrian Galbas SAC
tPolski duchowny rzymskokatolicki, pallotyn (SAC), doktor teologii duchowości, arcybiskup metropolita warszawski.
Źródło: oficjalny profił Abp Adriana Galbasa na Facebook. Obraz ilustracyjny dla tekstu wygenerowany przez AI.
Zostaw komentarz