No to się porobiło. Miała być wielka operacja pod hasłem „przywracania praworządności”, miało być rozliczanie poprzedników, wymiana ludzi, porządki w prokuraturze i triumfalne zapewnienia, że teraz wszystko będzie już zgodne z prawem. I rzeczywiście — porządek jest. Tylko coraz bardziej przypomina ten rodzaj porządku, w którym najpierw wyrzuca się meble przez okno, a dopiero później sprawdza, czy były własnością lokatora.

Sąd Najwyższy właśnie przypomniał obecnej władzy rzecz wyjątkowo niewygodną: Dariusz Barski ma status Prokuratora Krajowego w służbie czynnej. Nie komentator telewizyjny, nie polityk opozycji, nie anonimowy internauta. Sąd Najwyższy.

I nagle pytanie, które przez dwa lata można było przedstawiać jako „polityczną awanturę”, wraca z hukiem: jeżeli Barski jest Prokuratorem Krajowym, to na jakiej podstawie Dariusz Korneluk wykonywał kompetencje przypisane temu stanowisku?

To pytanie jest dla rządu wyjątkowo niewygodne, bo przecież cała operacja miała być dowodem na to, że poprzednicy łamali praworządność, a nowa władza przywraca ją z chirurgiczną precyzją. Tymczasem chirurg zaczyna chyba operację od pytania, gdzie właściwie zostawił skalpel.

Najbardziej ironiczne jest to, że dzisiejsze orzeczenie nie jest żadną abstrakcyjną akademicką dyskusją. W konkretnej sprawie SN uznał, że brak udziału prawidłowo umocowanego Prokuratora Krajowego miał realne konsekwencje dla legalności powołania rzecznika dyscyplinarnego. Czyli nagle okazuje się, że ten „techniczny szczegół”, który przez lata można było zbywać machnięciem ręki, może mieć całkiem nietechniczne skutki.

I teraz zaczyna się prawdziwy problem.

Bo jeśli jedna czynność została zakwestionowana z powodu wadliwego umocowania, to rozsądny człowiek nie mówi: „spokojnie, reszta na pewno jest dobra”. Rozsądny człowiek mówi: sprawdźmy.

Decyzje. Powołania. Upoważnienia. Wnioski. Podpisy. Wszystko, co wymagało ustawowej kompetencji Prokuratora Krajowego.

I tutaj kończy się polityczny teatr, a zaczyna księgowość praworządności. Bo dokumenty nie mają partyjnych legitymacji. Podpis nie staje się legalny dlatego, że postawiła go „nasza” władza. Tak samo jak nie staje się nielegalny dlatego, że postawił go ktoś z poprzedniej ekipy.

To właśnie jest ta drobna różnica między praworządnością a politycznym przekonaniem o własnej nieomylności.

A przecież przez ostatnie lata słyszeliśmy, że wszystko jest jasne. Że Barski nie może pełnić funkcji. Że Korneluk jest właściwym Prokuratorem Krajowym. Że problem został rozwiązany.

No i właśnie przyjechał Sąd Najwyższy z walizką pełną pytań.

Można oczywiście udawać, że nic się nie stało. Można powiedzieć, że to tylko jedno postanowienie. Można zrobić konferencję, użyć słów „reforma”, „demokracja”, „przywracanie standardów europejskich”, a następnie przejść do kolejnego punktu programu.

Tylko że problem nie zniknie od konferencji.

Bo jeżeli państwo przez lata twierdziło, że ktoś nie jest Prokuratorem Krajowym, a Sąd Najwyższy mówi, że jest, to ktoś powinien obywatelom wyjaśnić, kto tu przez ostatnie lata miał rację.

I nie, nie wystarczy odpowiedź: „my mamy inną interpretację”.

Owszem. Można mieć inną interpretację. Można się z sądem nie zgadzać. Można nawet prowadzić dalej spór prawny. Ale wtedy trzeba mieć odwagę powiedzieć obywatelom prawdę: mamy poważny spór o legalność fundamentu, na którym przez lata opieraliśmy część działań prokuratury.

A jeżeli ktoś przez dwa lata urządzał wielką krucjatę przeciwko „łamiącym praworządność”, a następnie sam znalazł się w sytuacji, w której Sąd Najwyższy podważa kluczowe założenie jego operacji, to trudno nie zauważyć ironii.

To już nie jest „zemsta historii”.

To jest rachunek wystawiony przez rzeczywistość.

I teraz szczególnie ciekawe będzie zachowanie ministra żurka. Bo łatwo jest mówić o praworządności, kiedy to my interpretujemy prawo. Prawdziwy egzamin zaczyna się wtedy, kiedy sąd mówi coś, czego bardzo nie chcemy usłyszeć.

Jeszcze ciekawiej będzie z premierem Tuskiem. Bo skoro jego rząd przez cały ten czas traktował Korneluka jako Prokuratora Krajowego, a SN właśnie ponownie wskazuje na status Barskiego, to premier powinien odpowiedzieć nie na pytanie, czy podoba mu się orzeczenie, lecz na pytanie znacznie ważniejsze:

co teraz zamierza zrobić, żeby zapewnić obywatelom pewność, że działania prokuratury były i są podejmowane przez osoby posiadające wymagane prawem umocowanie?

Bo praworządność nie jest pałką na przeciwników politycznych. Nie jest dekoracją na konferencję prasową. Nie jest też własnością żadnej partii.

Albo obowiązuje wszystkich, albo jest tylko politycznym sloganem.

A dzisiaj Sąd Najwyższy właśnie wyrwał ten slogan z rąk rządowej propagandy i położył go na stole razem z jednym prostym pytaniem:

„Panowie, a gdzie jest podstawa prawna?”

I tego pytania nie da się już zagłuszyć kolejnym wystąpieniem o „przywracaniu praworządności”.

Teraz trzeba pokazać dokumenty.

Bo jeżeli państwo ma być państwem prawa, to obywatel nie powinien dowiadywać się po dwóch latach, że być może człowiek wykonujący najważniejsze kompetencje w prokuraturze wcale nie miał do nich tak oczywistego umocowania, jak przez cały ten czas zapewniano.

A jeśli okaże się, że problem jest większy niż jedna sprawa?

Wtedy będziemy mieli nie „aferkę prawniczą”.

Będziemy mieli jeden z najbardziej spektakularnych paradoksów III RP: władza, która przyszła pod hasłem obrony praworządności, może zostać zmuszona do tłumaczenia się przed Sądem Najwyższym z tego, jak sama tę praworządność rozumiała.

No to się porobiło.

I tym razem niech nikt nie próbuje tego zamieść pod dywan. Najpierw dokumenty, potem odpowiedzialność, a dopiero na końcu polityczne przemówienia.