W Polsce przyzwyczailiśmy się już od dwóch lat do rządów słabych, chaotycznych, ale to, co zobaczyliśmy przy pracach nad ustawą „łańcuchową”, to nowy poziom absurdu. Ten rząd to ekipa tak przypadkowa, jakby ktoś zebrał ludzi z kolejki na lotnisku i kazał im w trzy dni napisać prawo dla całego kraju. Zero kompetencji. Zero rozeznania. Zero kontaktu z rzeczywistością. Ministrowie, którzy nie wiedzą, jak działa gospodarstwo. Posłowie, którzy nie widzieli cielęcia inaczej niż na naklejce z jogurtu. Urzędnicy, którzy mylą pastucha elektrycznego z torturą, a psa stróżującego z maskotką z reklamy karmy.
W efekcie dostaliśmy ustawę pisaną przez ludzi, którzy nie powinni zbliżać się do legislacji nawet na łańcuchu… metrowym. I właśnie dlatego warto pokazać, jak wygląda prawo tworzone przez kompletnych amatorów, którzy wzięli się za wieś, nie mając o niej bladego pojęcia.
Ustawa, która miała chronić zwierzęta, a prawie zniszczyła polską hodowlę. Dobrze, że prezydent Karol Nawrocki ją zawetował i przygotowuje własną.
Jak czyta się tę tuskową ustawę, to czlowiek zastanawia się, czy autorzy widzieli kiedyś żywe zwierzę. Ustawa ta była takim dokumentem – katalogiem absurdów pisanych z perspektywy wielkomiejskiej kawiarni, a nie gospodarstwa, gdzie cielę potrafi kopnąć tak, że łamie rękę, gdzie pies stróżujący naprawdę musi pilnować obejścia, a pastuch elektryczny to nie „okrucieństwo”, tylko ściana bezpieczeństwa przed chorobami i zniszczonym stadem.Rolnicy mówili o tym od początku: „Kto to pisał? Człowiek, który widział krowę na obrazku?”. I trudno im się dziwić. Bo jeżeli ustawa zakłada, że cielaka po urodzeniu nie wolno przypiąć na chwilę do postronka, to znaczy, że ktoś nie zna podstaw weterynarii ani bezpieczeństwa. Cielę, które jest świeże, nieoswojone i silne, może zrobić krzywdę zarówno sobie, jak i człowiekowi. Unieruchomienie na moment to nie „znęcanie się”, tylko troska o zdrowie zwierzęcia i o własne ręce. Ale dla autorów ustawy to już było przestępstwo.
Drugi absurd: zakaz stosowania pastuchów elektrycznych, bo „porażenie prądem jest okrutne”. Tyle że ten „okrutny prąd” jest słabszy od iskry z klamki drzwi samochodu. Za to ratuje zwierzęta przed ucieczką, przed zgryzioną przez dziki łąką, a przede wszystkim przed chorobami przenoszonymi przez kontakt z obcymi stadami. Bez pastucha polska hodowla mleczna i mięsna staje się jednym wielkim ryzykiem epidemicznym. Ale według projektodawców – lepiej, żeby stado poszło w pole i przyniosło pryszczycę, niż żeby dotknęło drutu pod niskim napięciem.
Trzeci hit tej ustawy to rozmiar kojców 10-, 15-, a nawet 20-metrowych dla psów. Rolnicy pukali się w czoło: w gospodarstwie pies pracuje, pilnuje, chodzi, biega. Kojec to miejsce odpoczynku, a nie luksusowy apartament. Narzucenie minimalnych wymiarów jak do programu budowlanego to pomysł człowieka, który chyba myśli, że pies na wsi siedzi cały dzień w klatce. No to może autorzy ustawy powinni rozpisać jeszcze minimalną powierzchnię budy i obowiązkowe ogrzewanie podłogowe? A tak na marginesie to jakie warunki mają psy w małych mieszkankach w miejskich blokach?
Dalej – rozmyta definicja znęcania się, która pozwalałaby urzędnikom i często nawiedzonym aktywistom wchodzić na wsi do gospodarstw, na teren prywatny, jak do siebie i oceniać, czy rolnik „trzyma zwierzę właściwie”. A rolnicy nie są od tego, żeby od rana do nocy tłumaczyć się przed kimś, kto całe życie widział krowę tylko na Instagramie. Z tej ustawy bił ton nieufności wobec rolnictwa, jakby to była branża patologii, a nie filar bezpieczeństwa żywnościowego.
Nic dziwnego, że wybuchły protesty. Rolnicy nie protestowali przeciw dobrostanowi zwierząt. Oni protestowali przeciw głupocie, która przebijała z każdego artykułu tej ustawy. Przeciw próbie narzucenia im standardów życia w oparach ideologii, nie podpartego o prawdziwą wiedzę.Bo ta sprawa to nie epizod, tylko sygnał ostrzegawczy.
Jeśli pozwolimy, by przypadkowi ludzie tworzyli prawo, to przypadkowo rozpadnie się państwo.
A Polska zasługuje na więcej — na rozsądek, kompetencję i rząd, który zna kraj, którym rządzi,a nie na taką amatorszczyznę.