Sekularyzacja społeczeństwa jest faktem społecznym, z którym prawica polityczna musi się wreszcie intelektualnie zmierzyć.
Opieranie przyszłości politycznej na „nauce społecznej Kościoła” i identyfikacji katolickiej z roku na rok staje się strategią coraz bardziej chybioną. Zarazem – brak alternatywnej „teorii” prawicowości wydaje się coraz bardziej dotkliwy.
W świeckim społeczeństwie program prawicy musi być oparty na świeckim imaginarium. Postulaty prawicy muszą znajdować przekonujące sekularne uzasadnienia, które są zarówno adekwatne w sensie doraźnym, jak również w sensie długofalowym.
Dziś zarówno lewica, jak Kościół mówią jednym głosem: mamy się troszczyć przede wszystkim o innych. Prawica mówi zaś, że mamy się zatroszczyć przede wszystkim o siebie. Ten konflikt aksjologiczny stale narasta. Prawica musi zrozumieć, że jej wspólna podróż z Kościołem dobiegła końca. To, co kiedyś łączyło, dziś już tylko dzieli.
Nie chodzi tu bynajmniej o to, żeby prawica nagle stała się antykościelna, ale musi wreszcie zdać sobie sprawę z tego konfliktu wartości.
Choć ostatecznym celem Chrześcijaństwa jest indywidualne zbawienie, to praktyką życia chrześcijańskiego jest ewangelizacja, czyli dążenie do zbawienia wszystkich – całej ludzkości.
Lewica przeformułowała ten postulat „imanentyzując eschaton”. Świeckie zbawienie, czyli powszechne szczęście osiągnięte dzięki równości dającej wszystkim tyle samo wolności jest celem tak samo uniwersalistycznym jak zbawienie w sensie chrześcijańskim.
Prawica, która mówi, że jej cele polityczne nie są uniwersalistyczne, która ogranicza się do troski przede wszystkim o „swoich” idzie w poprzek takim postulatom. Nawet wówczas, kiedy – jak niegdyś Reagan czy Thatcher nawiązuje do idei „skapywania bogactwa”, czyli pewnej „odśrodkowej” dystrybucji szczęścia – godzi się z istniejącymi nierównościami i – zdaniem lewicy – zawsze robi „za mało” dla innych. Zarazem, twierdzi lewica, strategia ta okazała się zła, gdyż chociaż obszarów skrajnej biedy na świecie faktycznie jest mniej, to przecież nierówności wzrosły! Bogaci stali się bogatsi w znacznie większym stopniu niż biedni. Zdaniem lewicy, o szczęściu wcale nie decyduje absolutny poziom bogactwa, ale raczej względna różnica poziomów. Biedni nigdy nie będą szczęśliwi, dopóki bogactwo kłuje ich w oczy. Odczuwają swój stan jako poniżający i już. Czołowy intelektualista lewicy, Peter Singer mówi wprost: jeśli jest choć jedno głodne dziecko na świecia a Ty kupujesz sobie nową koszulę, chociaż stara jest jeszcze zdana do użytku, to postępujesz niemoralnie! Można powiedzieć, że poglądy Petera Singera są de facto franciszkańskie! Kościół zaś jest dziś prowadzony przez – nomen onmen – papieża Franciszka…
Prawica wydaje się na takim tle primitywnie trybalistyczna. Kiedy lewica i Kościół jednym głosem mówią dziś o powszechnej równości, sprawiedliwości, pokoju i dobrobycie na świecie, to prawica tylko „moje, moje, moje…”.
Okazuje się nagle, że cała tradycja moralna Zachodu jest sprzeczna z postulatami prawicy!
Przypomina się tu wściekła krytyka środowisk religijnych z jaką spotkał się Bernard de Mandeville po opublikowaniu swojej styrycznej „Baśni o pszczołach” – opowiastce, w której pokazał, jak indywidualne egoistyczne działania składają się na dobro ogółu. Książeczka Mandevilla została uznana za skandaliczną. Tyradę przeciw niej napisał sam biskup George Berkey. Sprzeciwił się jej nawet po latach Adam Smith.
A przecież – zasadnicza teza satyry Mandevilla sprowadza się do tego, że podstawą każdego „dobra publicznego” jest przede wszystkim egoistyczna dbałość o własne sprawy.
Tymczasem pogląd Mandevilla został w ramach krucjaty moralnej sprowadzony do szyderczego oskarżenia: hasło „chciwość jest dobra” stało się już tylko plakatowym oskarżeniem „dzikiego kapitalizmu” o bezwględność włożonym w usta Gordona Gekko – granego przez Michaela Douglasa mangata finansowego z filmu Olivera Stone’a „Wall Street”.
Jeśli zastanowić się dlaczego to właśnie wśród klasy średniej znajdujemy dziś najwięcej zwolenników „postępowych” idei, to odpowiedź wydaje się oczywista: to właśnie aspirująca do elitarności klasa średnia najbardziej poszukuje uzgodnienia swojego światopoglądu z obowiązującym kanonem moralnym.
Prawica – niezależnie od racjonalności swoich koncepcji nie daje tu świeckiej klasie średniej żadnego oparcia. Nie ma własnego dyskursu moralnego a jej przekaz idzie wbrew kanonowi – jest „niemoralny”.
To dlatego, kiedy Donald Trump rzucił hasło „America First” został natychmiast przez środowiska lewicowe oskarżony o „faszyzm”.
Osobiście nie widzę już żadnej możliwości uzgodnienia przekazu prawicowego ze współczesną moralnością chrześcijańską – niezależnie czy wciąż „kościelną”, czy już „ześwietczoną”. To się po prostu nie klei.
Prawica musi wytworzyć własną sekularną etykę uprawomocniającą interes partykularny, tożsamość narodową, tzw. „zdrowy” egoizm, przeciwstawiającą się nieustępliwemu postępowi idei uniwersalistycznych.
Prawica musi odzyskać dyskurs moralny stojący za hasłem „najpierw my, potem oni”!

Jak podają Wiadomości Społeczne: „34% Polaków deklaruje cotygodniowy udział w praktykach religijnych. To najniższy wynik w historii pomiarów.
W najnowszym raporcie CBOS z tego zakresu czytamy, iż od 1997 roku (początek pomiarów) do 2009 roku odsetek praktykujących co niedzielę utrzymywał się na poziomie około 50%. W kolejnych latach udział osób regularnie praktykujących systematycznie się zmniejszał – na początku pandemii wynosił 39%, zaś w latach 2021–2023 wahał się między 36% a 37%.
Obecnie wskaźnik ten wynosi 34%, co oznacza najniższy odsetek osób deklarujących cotygodniowy udział w praktykach religijnych w historii pomiarów CBOS.
[Źródło: „Religijność Polaków w ostatnich dziesięcioleciach”, CBOS, 2024]”.
Obraz Peggy und Marco Lachmann-Anke z Pixabay
Zostaw komentarz