Nie wiem, czy to dobrze, że wciąż gdzieś, często bez powodu, jeżdżę. Lubię wsiąść sobie do Szerszenia i po prostu jechać, przez Polskę, po Europie Środkowej, po Bałkanach. Uwielbiam te wszystkie prowincjonalne miasta, miasteczka, wioski, które kiedyś były miastami, ale car w odwecie za powstanie styczniowe odebrał im prawa miejskie (bo takich jest całkiem sporo w Polsce), choć oni nadal starają się być (drobno)mieszczanami. Mają te swoje brukowane ulice, wielkie kościoły, chodniki, ale cóż… wypadli z rejestru. Kocham te dumnie wywieszone polskie flagi w zagrodach utrzymanych w nienagannym porządku, z łanami zbóż, kukurydzy, sadów jabłkowych, plantacji truskawkowych w tle. I błękitne niebo nad nimi. Mógłbym tak godzinami przemierzać świat, ciesząc się jak dziecko z piękna tego krajobrazu.
Lubię zatrzymywać się na dłużej na stacjach paliwowych w małych miejscowościach lub w ich pobliżu i obserwować życie społeczne, jakie tam się ewidentnie spręża. Moim fetyszem jest podglądanie kobiet w wieku 20-40 lat niepotrafiących zatankować LPG w swoich samochodach (wówczas wzywa się pracownika stacji) lub tankujących w sposób, którego nie da się opisać w kilku zdaniach. Kiedyś o tym napiszę oddzielny odcinek. Te ruchy, te skłony i podejścia do zaworu!
Uwielbiam błagalno-chamsko wcinać się w dużych miastach miejscowym kierowcom w ich pas ruchu. Przecież widać, że sierota z Cieszyna. Plącze się tu bez ładu i składu, a nawet wyraźnego celu. Pamiętam, że kiedyś na chyba II roku studiów wysłano mnie do Chojnic lub Człuchowa (wiem, że dla wielu to obraźliwa alternatywa, ale naprawdę nie pamiętam), abym w ramach jakiegoś projektu finansowanego przez UE powiedział kilka słów genezie integracji europejskiej. Wtedy zemdlałem stając przez czeredą kilkudziesięciu licealistów. Takie były moje początki wykładania. Pamiętam jak wówczas pocieszała mnie pani wicedyrektor, że nic się nie stało. Zaparzyła mi herbate-siekierę. Był wstyd.
Jestem trochę jak ten lotny kwiat mlecza, który się błąka tu i tam, a nigdzie nie jest poważnie traktowany, jak dla przykładu bociany, o których wiadomo, że przybywają z Afryki. Ja też przybywam ze swojej Afryki środkowej i staram się używając wszystkich swoich sił witalnych wylądować choćby w Libii lub Tunezji w nadziei, że w danym sezonie miejscowi nie uznają bociana za drób do spożycia. Nie mam nadziei na wylądowanie w takiej obfitującej we wszelkie dobra Polsce, gdzie się do boćków nie strzela. Latam sobie w nadziei, że w końcu gdzieś usiądę na dłużej.
Kupiłem sobie hulajnogę, ale na niej nie jeżdżę. Za słabo hulała w niej moja noga. Więcej się od niej po tym zakupie spodziewałem. Nie mogę też mieć pretensji do tej nogi, bo ona sporo przeszła, ta druga również, choć chyba prawa bardziej. Poza tym fatalnie wyglądam na hulajnodze. Dzieciom oddam.
Czasem lubię nad sobą zapłakać. Nie mylić z użalaniem się, bo to osobna kategoria. Płacz nad własnym losem przez duże „L” wzrusza do kości, a jednocześnie pobudza z egzystencjalnego grobu. I każdego dnia każe zmartwychwstawać.
No i tak dzień po dniu. Nasi na pewno wygrają, nawet jak przegrają. To są rzeczy względne. Mi wystarczy tylko, że ktoś zamknie pyski naszym słabym komentatorom.
P.S. W ZOO w Opolu są kapibary. Ja tam wrócę.
Fot. materiały prasowe PKN Orlen.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz