Rozpoczął się rok szkolny. Dzieci wróciły do klas, a wraz z nimi — niestety — wróciły także stare i nowe problemy. Wśród tych nowych, coraz bardziej niepokojących, pojawiło się zjawisko „szon patroli”. Z pozoru — niewinna zabawa z TikToka. Dziś: społeczny lincz, który dotyka przede wszystkim młodzież szkolną. Na razie problem ten dotyczy większych miast, ale zaczyna pojawiać się również w małych miastach i miasteczkach.

Grupy nastolatków — często liczące po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób — poruszają się grupami, pieszo lub na hulajnogach, „patrolując” ulice, galerie handlowe, parki, skateparki i inne miejsca, gdzie gromadzi się młodzież. Ich celem są rówieśnicy, którzy — według nich — „nie mieszczą się w normie”: dziewczyny ubrane zbyt odważnie, chłopcy zbyt delikatni, osoby zbyt inne.

Robią zdjęcia, nagrywają filmy, publikują w sieci z prześmiewczymi komentarzami. W młodzieżowym slangu nazywają ich „szonami” — słowem wywodzącym się z wulgarnego określenia kobiet.

Co więcej, te „patrole” coraz częściej stwarzają realne zagrożenie dla przechodniów. Przykład? Warszawa — młody chłopak na hulajnodze, będący częścią kilkudziesięcioosobowej grupy, wjeżdża w wózek z dzieckiem na chodniku. Zamiast przeprosin — wulgarne zachowanie wobec rodziców.

To nie incydent. To sygnał, że grupowe działania młodzieży wymykają się spod kontroli, a hulajnogi stają się narzędziem nie tylko mobilności, ale i demonstracji siły.

Z podobnymi scenami mierzą się mieszkańcy Krakowa, Poznania, Wrocławia. I to już nie zjawisko lokalne, ale społeczna plaga.

I choć nikt o tym głośno nie mówi, trudno nie dostrzec niepokojących podobieństw do tzw. „patroli moralności”, znanych z niektórych krajów azjatyckich czy muzułmańskich. Tam funkcjonariusze — często nieformalni — pilnują, by kobiety ubierały się „stosownie”, a mężczyźni wyglądali „męsko”.

W Europie miało być inaczej — to my mieliśmy cywilizować, edukować, otwierać. Tymczasem europejskie dzieciaki zaczynają przejmować wzorce pozaeuropejskie: oparte na kontroli, ocenie i wykluczeniu.

Wyobraź sobie: masz 13 lat. Idziesz do galerii w swoich ulubionych ciuchach.
Nagle otacza cię grupka „szon patrolu”. Śmiechy. Telefon wycelowany w twarz…
I już jesteś memem.
Już jesteś pośmiewiskiem.
Już cię nie ma.

Najprawdopodobniej w ten sposób zaczyna się kult siły i decyzyjności — nie tej odpowiedzialnej, obywatelskiej, lecz tej ulicznej, grupowej, agresywnej.

To nie tylko problem wychowawczy. To znak, że młodzież chłonie wzorce opresji, a nie empatii.
Zamiast wsparcia — szydera.
Zamiast wrażliwości — przemoc.

Internetowe „redpillowe” treści, podcasty i memy przenikają do realnego świata, tworząc nową formę przemocy — zorganizowaną, publiczną i pozornie „usprawiedliwioną”.

Trzeba ten problem dostrzec i zacząć mu przeciwdziałać — zanim zjawisko to przekształci się w znany z USA i Europy Zachodniej problem: zorganizowane gangi młodzieżowe terroryzujące otoczenie.

Czy platformy społecznościowe, które promują te trendy, ponoszą jakąkolwiek odpowiedzialność? Czy ich algorytmy wspierają kulturę poniżania, bo to się „klika”?

Nie możemy tego ignorować. Nauczyciele już biją na alarm.
Rodzice muszą zrozumieć, że to nie jest „głupi trend”, tylko nowoczesna forma wykluczenia i zagrożenia, która może zostawić trwałe ślady — zarówno w psychice dzieci, jak i w bezpieczeństwie przestrzeni publicznej.

Bo kiedy dzieci krzywdzą inne dzieci — w imię „moralności” i siły — to znaczy, że coś bardzo ważnego przestaliśmy im przekazywać.

Prawda?