Moje osobiste wspomnienie – sprzed lat, ale wciąż aktualne. .

Dodałabym jeszcze cudowne spotkania na imieninach Jerzego Mikke, kiedy emablował wszystkie panie, nawet te po siedemdziesiątce, opowiadał w sposób elegancki nawet pieprzne dowcipy i był przysłowiową duszą towarzystwa, a nawet dwoma lub trzeba duszami.

Wspominam go też z wielkim sentymentem z zebrania w KAW – wydawnictwie podporządkowanym Komitetowi Centralnemu Partii – kiedy pomagał w zakładaniu niezależnych związków zawodowych. Dyrekcja KAW miała znakomitych prawników, uważających, że istniejące i zreformowane związki zawodowe zapewniają pracownikom świetną ochrone i wszystko, co najlepsze. Ale mec. Oleszewski bardzo spokojnie, nie podnosząc głosu i nie podejmując zbędnych dyskusji nad zbędnymi argumentami, przekonał załogę, że chce Niezależnych i Samorządnych. I że oni też chcą. Chocby jeszcze o tym nie wiedzieli, ze chcą. Chyba 80 procent załogi wydawnictwa wstapilo wówczas do NSZZ. Ja byłam na tym zebraniu jako „półetatowiec” redakcji Magdy Czaputowicz. W PZWL jeszcze NSZZ nie było, ale mec. Olezewski już przetarł nam droge…

Pamiętam, jak -oszczędzając delikatne uszy pań – opowiadał swemu przyjacielow, red. Jerzemu Mikke, ze wyjasnił dyrektorowi KAW róznicę miedzy jednym i drugim zwiazkiem zawodowym na prostym dla mezczyzny przykładzie: stosunek z CRZZ jest jak z pania nie ciezkich obyczajów, a z panną „S” jak z młodą, jeszcze niewinną dziewczyną. Tamten pomyslał i podobno powiedzial, że coś w tym jest.

Nie umiem i nie chcę wspominać Jana Olszewskiego zalewając się łzami. Uwazam za wielkie szczęście, że mielismy Go wsród nas. Ze żył dlugo i nie zmarnował ani chwili swojego zycia. W kazdej sytuacji zachowywał się madrze i przyzwoicie. Dajac przykład i wzór takiego zachowania. Ale także dlatego, że byl czlowiekiem niezmiernie błyskotliwym, dowcipnym i ceniacym zwyczajne radosci życia. Więc przytoczę anegdotkę o jego zwyczajnosci. Równie waznej, jak i jego Wiekość. A przy tym jakże sympatycznej.
W swojej ksiażce „Przerwa na zycie” przywołuję kilkakrotnie jego nazwisko. Już na pierwszej stronie opisuję scenę : nocny telefon do mieszkania bohaterów powiesci. Telefon odbiera Andrzej Guttry, mecenas.
„Andrzej zapytał: „kto?” „co?” oraz „kiedy”. Powiedział „dobrze” i odlozyl sluchawkę.
Joanna zapaliła nocną lampkę.
-Co sie dzieje? – spytała.
Pełna niepokoju, ale umiarkowanegop. Bo Andrzej leżał spokojnie, a nawet ziewnął, co oznaczalo, że nikt nie zakomunikowal tragicznej wiadomosci. Potrząsnęła go za ramie. Obrócil sie ku Joannie
-Uspokój sie, Asiulka. To Janek Olszewski”.
Zrobila wielkie oczy.
– A co, u Boga ojca moze chciec od ciebie Janek Olszewski? O tej porze?”
Zawahał się , przeczuwając sprzeciw Joanny.
– Chce zebym pojechal z nim do Gdańska.
Zaniemowiła:
-Po co?
– Poszukuja na gwałt prawników-cywilistów. Znajacych prawo pracy i prawo administracyjne. I przy tym – zaufanych.
-I ty jestes ten zaufany? W dodatku – szczegolnie?
– Dla Janka widac tak” – odparł Andrzej”
Ponieważ mecenas Olsewski pojawia sie jeszcze kilka razy musiałam zatelefonowac, aby spytać, czy mogę uzyc jego nazwiska. Kazał mi przeczytac ten fragment. A potem zapytał.
– A ta Joanna? Mloda? Ładna?
Przytaknęłam.
– A nie mogłaby pojechac z nami?”
Taki własnie był. Zniewalająco sympatyczny.

fot. Piotr Życieński/IPN

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.