Poznajecie tego pana? Tak, tak – to nie pomyłka i nie robota sztucznej inteligencji. To całkiem niedawny dzień z mojego życia :) Dzień spędzony z legendą – polskiego, europejskiego i – to naprawdę nie przesada – światowego kina. I to kina przez takie duże „K”.

Umawialiśmy się na to spotkanie od paru lat i ciągle coś nam stawało na drodze.. Czasem im bardziej czegoś chcesz, tym bardziej ci to nie wychodzi. A to zawiedzie zdrowie, jakieś okoliczności, czasem urządzenie, czasem coś innego. I tym bardziej cieszysz się wtedy, gdy w końcu udaje ci się pokonać przeciwności …. i jesteś tam, gdzie chciałeś się znaleźć. I to w towarzystwie, w którym automatycznie włącza ci się tryb „ruki po szwam” i z rozdziawioną gębą słuchasz Mistrza.

Światła, kamera, synchron …. kurczę. Jak to zrobić w towarzystwie kogoś, kto w zasadzie współtworzył polskie kino i wszystkie te czynności zapewne jest w stanie wykonać perfekcyjnie przez sen albo w trakcie oglądania meczu? Rzadko miewam taką tremę. W gruncie rzeczy sam nie wiem jak udało mi się włączyć kamerę, światła, mikrofony, wszystko porozstawiać, uruchomić, sprawdzić czy działa (działało)… i zacząć rozmowę. Ale gdy już zaczęliśmy, trwała wiele, wiele godzin.

Wychowałem się – tak jak większość z nas – na Jego filmach. Nie wiem czy znalazłaby się w Polsce jedna osoba, która nie znałaby przynajmniej jednego tytułu któregoś z Jego dzieł.

I coś wam powiem. Osoby naprawdę wielkiego formatu można poznać po tym, że wszystko w głowie i duszy mają na swoim miejscu. I taki właśnie jest pan Jerzy – życzliwy, ciepły, otwarty i wrażliwy człowiek. Nie można czuć się źle w Jego towarzystwie.

Również przychodząc z kamerą, mikrofonami i światłami. I przeklętym, składającym się znienacka, statywem do lampy.

Tym spotkaniem, tą rozmową zakończyliśmy pracę nad filmem o Jego losach i tym samym ostatnią część tryptyku. Bo Pan Jerzy to nie tylko legendarny reżyser, filmowiec i artysta z najwyższej ligi. To także ośmioletni Jurek, który wsadzony z rodzicami przez ruskich bandytów do bydlęcego wagonu, poznał aż za dobrze smak zakończonego przedwcześnie dzieciństwa: smak sowieckiego „raju”, smak miesięcznej podróży donikąd. Jego historia ma dzisiaj szczególnie niepokojący i złowrogi kontekst.

I o tym jest ta emocjonalna, długa i wciągająca opowieść. Wkrótce ją usłyszycie. Mam już tytuł choć korci mnie żeby coś do niego dodać. „Opowieści Hoffmana”? A w życiu, to by było zbyt banalne.

Bo na zdjęciach poniżej oczywiście wspaniały, niepowtarzalny i jedyny Jerzy Hoffman.

Panie Jerzy – dwieście lat w najlepszym zdrowiu!

Autor: Krzysztof Hoffman
Fundacja Znaki Pamięci