Warto te życzenia Tuska odnaleźć. Warto je przeczytać na głos. Warto posłuchać tonu, pauz, akcentów. Bo dopiero wtedy widać, do jakiego poziomu potrafi zejść człowiek, który dziś pełni funkcję premiera. To nie są już zwykłe polityczne uszczypliwości ani nawet prymitywna propaganda. To język pozornie gładki, a w istocie podszyty jadem i nienawiścią. Język, który nie przystoi nikomu, a już na pewno nie osobie stojącej na czele państwa.
Premier mówi o „kłamstwie i nienawiści, które mają wyznaczać nową epokę”. Mówi o „zbrodniarzach wojennych, zdrajcach udających patriotów, agresorach żądających coraz więcej władzy”. Formalnie, nic, do czego można by się przyczepić. Przecież nie padają nazwiska. Przecież to tylko ogólne słowa, taka paplania.
Tyle że właśnie w tym tkwi kpina.
Bo każdy wie, do kogo te słowa są kierowane. Każdy słyszy, że to nie refleksja, lecz sugestia. Nie opis świata, lecz insynuacja. To mówienie „bez mówienia”, oskarżanie bez odwagi nazwania rzeczy wprost. Polityczna mimika zamiast odpowiedzialności.
To nie są życzenia. To jest szyderstwo ubrane w ton moralnej wyższości. Próba ustawienia się w roli jedynego sprawiedliwego, który ma prawo pouczać, piętnować i dzielić. I robi to człowiek, który jeszcze niedawno bywał ,,europejskim szatniarzem elit”, a dziś przemawia z pozycji arbitra sumień.
I trudno oprzeć się wrażeniu, że ten poziom nie jest przypadkiem. Że to dokładnie ten sam poziom, który widzieliśmy wcześniej, poziom kałuży. Tam, gdzie nie ma już myśli, odpowiedzialności ani godności. Jest tylko potrzeba dokopania, poniżenia, zasiania podejrzeń. Byle elegancko. Byle z głupkowatym uśmiechem.
Człowiek, który miał reprezentować państwo poważne, dziś przemawia językiem aluzji i półoskarżeń. Jakby cała ta jego „europejskość” była tylko dekoracją, zdejmowaną w chwili, gdy nie trzeba już udawać klasy.
Bo to, co widzimy, nie jest tylko brakiem stylu. To jest brak elementarnego szacunku. Dla ludzi, dla urzędu, dla państwa. I to irytuje najbardziej, że ktoś, kto miał być symbolem dojrzałości, sam sprowadza się do roli politycznego insynuatora.
Premier nie ma prawa mówić językiem pogardy.
Nie dlatego, że „nie wypada”.
Dlatego, że słowo tworzy rzeczywistość.
A kiedy z ust premiera płynie jad, nawet ubrany w miękkie zdania, państwo zaczyna nim nasiąkać. I wtedy naprawdę robi się duszno. Nie od poglądów. Od moralnej pustki.
Zostaw komentarz