Dorastałem, obserwując człowieka, który wierzył w ludzi bezwarunkowo.
Moja Mama była lekarzem – nie tylko z zawodu, ale z charakteru. Pomagała rodzinie, znajomym i obcym. Bez rachunku zysków, bez listy dłużników. Wystarczało jej poczucie, że ktoś dzięki niej miał lżej.
Z czasem zauważyłem jednak coś, czego ona – być może świadomie – nie chciała widzieć. Dobroć bywa traktowana jak zasób. Nie jak dar, lecz jak coś, co można eksploatować. Bez umiaru, bez refleksji, bez wdzięczności. Nie „po trochu”, ale do syta.
Patrząc na to przez lata, zacząłem rozumieć, że jeśli nie postawi się granic, można stracić nie tylko czas i energię, ale też wiarę w sens relacji. A ponieważ sam mam podobną skłonność do pomagania, zacząłem się zastanawiać, gdzie kończy się bliskość, a zaczyna przyzwyczajenie.
W tym roku postanowiłem zrobić prosty eksperyment. Złożyłem świąteczne życzenia wszystkim naraz – bez telefonów, bez wiadomości „jeden na jeden”, bez pierwszego kroku, który dotąd zawsze wykonywałem ja. Chciałem sprawdzić, kto odezwie się sam. Kto pamięta, kto chce, kto uzna, że relacja nie istnieje tylko wtedy, gdy ja ją podtrzymuję.
Odpowiedź była ciszą – ale nie całkowitą.
Na życzenia odpowiedzieli znajomi z Facebooka, często ci, z którymi mam dziś luźny, niezobowiązujący kontakt. Natomiast ci, na których naprawdę czekałem – siostra przyrodnia, członkowie rodziny, ludzie kiedyś bardzo bliscy – nie znaleźli nawet chwili na krótki gest. Z jednym, znaczącym wyjątkiem.
Nie poczułem złości ani żalu. Raczej potwierdzenie tego, co przeczuwałem od dawna: że wiele relacji funkcjonuje siłą rozpędu, rytuału albo wygody. Że media społecznościowe tworzą wrażenie bliskości, które znika w chwili, gdy przestajesz być inicjatorem.
I właśnie wtedy dotarło do mnie coś ważnego.
Nie straciłem wiary w ludzi. Straciłem wiarę w fikcję.
Dziś wiem, że największą wartością nie jest liczba kontaktów ani głośne deklaracje. Największą wartością jest pomoc bez zobowiązań, bliskość bez rachunku krzywd i zasług, akceptacja drugiego człowieka niezależnie od jego poglądów. Można się różnić, można się spierać, można myśleć inaczej – byle samodzielnie.
Bo to, co zawsze budziło we mnie sprzeciw, to myślenie stadne. Oddawanie własnego osądu w zamian za poczucie przynależności. Powtarzanie cudzych opinii zamiast zadawania pytań. W relacjach, w polityce, w życiu.
Święta są dobrym momentem, by to sobie uczciwie powiedzieć: prawdziwie bliskich ludzi jest niewielu. I to w porządku. Nie trzeba ich kolekcjonować. Wystarczy kilku – takich, którzy podadzą rękę nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że chcą.
Reszta? To tło. Etap. Historia. Bez gniewu. Bez żalu. Bez obowiązku.
I może właśnie tego najbardziej życzę – sobie i innym – na te święta: mniej stadności, więcej człowieczeństwa. Mniej iluzji, więcej prawdy. I dobra, które nie domaga się zapłaty.
Na koniec zostawiam sobie jeszcze jedną myśl – i jedną nadzieję. Chcę wierzyć, że ta cisza nie wynika z moich poglądów na politykę ani z krytycznego stosunku do polityków. Że nie jest karą za to, że myślę inaczej, mówię wprost i nie wpisuję się w wygodne schematy. Chcę wierzyć, że to raczej kwestia zmęczenia, tempa życia, rozproszenia, a nie niechęci. Bo przecież można się różnić i nadal pozostać ludźmi. Można mieć inne poglądy i wciąż umieć złożyć sobie życzenia – bez deklaracji, bez sporów, bez etykiet.
Jeśli tak jest, to dobrze. Jeśli nie -tym bardziej warto pamiętać, że bliskość nie powinna być warunkowa, a relacje nie powinny zależeć od zgodności politycznej.
Na święta życzę więc sobie i innym nie jednomyślności, lecz odwagi myślenia. Nie stadności, lecz uważności. I tego, by nawet w różnicach umieć zachować prosty gest – ludzki, cichy, prawdziwy.
Zostaw komentarz