Do Gdańska przyjechaliśmy z mężem i córką w roku 1947, kiedy połowa rodziny już tam była. Nie wiem co ludzi tak ciągnęło na ziemie odzyskane, pewnie zasada, że „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Wielu ludzi wierzy, że przeprowadzka do jakiegoś wymarzonego miejsca, odmieni ich życie. Poza tym kusiło mnie życie w wielkim mieście, bo wieś kojarzyła mi się z ciężką pracą od świtu do nocy. Rodzina trafiła głównie na ulicę „Leczkową”, która tak naprawdę nosiła imię Konrada Leczkowa ale wszyscy właśnie tak ją nazywali. Było tam już wielu przybyszów ze wschodniej Polski, przeważnie ze wsi. Kuzyn, który przyjechał jeszcze w 1945 roku początkowo chciał zająć wolnostojący piękny dom w Brzeźnie ale w ogródku znalazł zabitego Niemca. Trochę straszno mu się zrobiło i poszedł szukać dalej a na „Leczkowej” znalazł „swoich” czyli przybyszów z wschodnich Kresów. Obok poniemieckiej kamienicy były ogródki, gdzie przybysze z wschodnich wiosek trzymali w środku miasta kury, świnie i inne zwierzęta hodowlane. Był nawet kóń, którego właściciel został w związku z tym nazwany „Kóniem”. Na „Leczkowej” mieszkali tez przybysze z Polski centralnej. Było też paru autochtonów – polskich mieszkanców Gdańska i Pomorza, których przybysze często nazywali „Niemcami” czy wręcz „Hytlerami” chociaż wcześniej wiele od Niemców wycierpieli jako Polacy. Analogicznie nas przybyszów ze wschodu nazywano „ruskimi”, co też było dla nas irytujące.

A my zamieszkaliśmy wśród swoich na tej Leczkowej, niby tymczasowo, w małej klitce, w starej poniemieckiej ruderze, aż znajdziemy gdzieś coś lepszego. Zaczęliśmy pić u ciotki, która otworzyła tu melinę. I tak piliśmy aż stwierdziliśmy, że tu zostajemy, bo gdzie nam będzie lepiej jak wśród swoich!