Ministerstwo Spraw Zagranicznych Węgier – otrzymało podanie o azyl polityczny od byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. To nie jest już scenariusz z powieści politycznego absurdu, lecz fakt, który obiega nagłówki.

Nie minęło kilka dni, a polska prokuratura skierowała do parlamentu wniosek o uchylenie immunitetu i zgodę na zatrzymanie byłego ministra. W tle słychać komunikaty o „obawie ucieczki”. I rzeczywiście – „kierunek Budapeszt” przestał być mrzonką.

Pytanie, które ciąży nad tą historią i nad całym krajem, brzmi: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego politycy nie mogą liczyć na uczciwy proces we własnym państwie? Czy państwo prawa, które powinno stać ponad partyjnymi rozgrywkami, dziś jest jedynie dekoracją na urzędowych dokumentach?

To nie jest sprawa jednego człowieka. To obraz systemu. Gdy procedury wymiaru sprawiedliwości zostają podporządkowane polityce – gdy sądowe nominacje, konsolidacje organów ścigania i mechanizmy immunitetów stają się narzędziem w walce politycznej – obywatele po prostu przestają wierzyć w bezstronność. Nie chodzi tylko o Ziobrę; chodzi o to, że precedensy już naruszyły relacje dyplomatyczne i zasiały nieufność.

Można dyskutować o okolicznościach prawnych, o działaniach prokuratury czy o politycznej kalkulacji. Ale sedno sprawy jest proste: jeżeli obywatele widzą, że politycy mogą stać przed sądem za rządów jednych, a być chronieni przez układy za rządów innych( Nowak, Giertych, Grodzki…..)– to prawo przestaje pełnić swoją funkcję. Staje się narzędziem zwycięzców.

I jeszcze jedna rzecz: ucieczka (albo decyzja o azylu) jest symptomem rozkładu zaufania. Kiedy polityk woli szukać ochrony za granicą niż stanąć przed własnymi instytucjami, to nie tylko on stawia znak zapytania nad systemem – to my wszyscy powinniśmy go stawić. Bo jutro każdy z nas może znaleźć się w sytuacji, gdy prawo nie zapewni bezstronnej ochrony.

Nie chodzi tu o bezkrytyczną obronę kogokolwiek. Chodzi o zasadę – o konstytucję jako ramę gwarantującą równość wobec prawa, o prawo do rzetelnego procesu, o niezależność sądów. Bez tych elementów państwo staje się tylko skorupą. A skorupa kruszeje szybciej, niż się wydaje.

Może z Budapesztu ten konflikt nabierze międzynarodowego wymiaru. Może tam, gdzie sprawy stają się przedmiotem relacji dyplomatycznych, część prawdy wyjdzie na jaw. Albo – co gorsza – przekształci się w kolejny epizod politycznej anomii, w której prawo będzie wykorzystywane jako broń.

Na koniec – gorzka konstatacja: jeśli państwo nie da gwarancji sprawiedliwości wewnątrz, zaczynamy liczyć na sprawiedliwość u sąsiada. To sygnał, którego nie powinniśmy lekceważyć. Bo państwo istnieje wtedy, kiedy jego instytucje budzą zaufanie, nie lęk.

Bo prawo jest podstawą – fundamentem każdej demokracji i każdego społeczeństwa.
Tam, gdzie prawo staje się narzędziem w rękach władzy, kończy się obywatelska wolność.

A jeśli do władzy dochodzą ludzie, którzy nie przestrzegają prawa, to właśnie oni – w imię prawa – powinni za to odpowiedzieć.
Bez wyjątków. Bez usprawiedliwień. I bez litości dla bezprawia Tuska i tej jego całej bandy.