Zapomnieliśmy o urodzinach Polańskiego. A to już dziewięćdziesiąte.
„Jak daleko sięgam pamięcią, granica między fantazją a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana. Potrzebowałem niemal całego życia, by zrozumieć, że właśnie w tym tkwi klucz do istoty mojej egzystencji. To zatarcie stało się wprawdzie przyczyną wielu zmartwień, spięć, rozczarowań, a nawet prawdziwych katastrof życiowych, ale również otworzyło przede mną drzwi, które w przeciwnym razie pozostałyby na zawsze zamknięte.
Chłopcu dorastającemu w komunistycznej Polsce sztuka i poezja, fantazja i marzenia wydawały się o wiele bardziej realne niż ciasne granice świata, w którym rósł. Już we wczesnej młodości uświadomiłem sobie, że zasadniczo różnię się od otaczających mnie ludzi. Żyłem w osobnym, własnym świecie, wyczarowanym przez wyobraźnię.
Kiedy oglądałem wyścig kolarski w Krakowie, zawsze ja byłem zwycięzcą. Kiedy szedłem do kina, ja byłem bohaterem albo stojącym za kamerą reżyserem. W teatrze, siedząc na galerii, ani przez chwilę nie wątpiłem, że prędzej czy później to właśnie ja — na scenach Warszawy, Moskwy, a może Paryża, tej odległej i romantycznej stolicy kulturalnego świata — przyciągnę spojrzenia tłumu. Wszystkie dzieci od czasu do czasu puszczają w ten sposób wodze fantazji. (…)
Dziecko postrzega rzeczy w sposób ostry i natychmiastowy; w starszym wieku doznania te nie osiągają już nigdy takiego stopnia intensywności.
Moje pierwsze wspomnienia dotyczą ulicy Komorowskiego w Krakowie; mieszkaliśmy tam, kiedy miałem cztery lata. Nad każdą bramą widniało wyrzeźbione w kamieniu secesyjne zwierzę — słoń, żubr lub jeż. Mityczna bestia spod numeru 9 była ohydną hybrydą: półorłem, półsmokiem. W tym czasie stosunkowo nowy dom pachniał świeżą farbą. Na drugim piętrze były dwa mieszkania. Nasze znajdowało się po prawej stronie — nieduże, przewiewne, słoneczne i, jeśli nie liczyć kaflowych pieców, nowoczesne. Okna dwóch pokoi wychodziły na spokojną, mieszczańską ulicę Komorowskiego. Na tyłach budynku znajdował się targ, na którym panował ożywiony ruch. W tamtych latach chłopki chodziły po domach, sprzedając jaja i masło; płynący od nich zapach wiejskiej zagrody mieszał się z rozkosznym aromatem bochenków świeżego chleba dostarczanych przez roznosicieli z piekarni.
Matka miała zamiłowanie do porządku. Wszystko w mieszkaniu lśniło jak lustro. Jedyną wysepką bałaganu była szafka na bocznej ścianie balkonu załadowana różnymi rupieciami, wśród których znajdował się tajemniczy przyrząd. Ojciec twierdził, że to urządzenie wskazuje, kiedy kłamię. Sama myśl o istnieniu w domu takiego aparatu doprowadzała mnie do rozpaczy. Ów Domowy Wykrywacz Kłamstw pojawiał się, ilekroć podejrzewano, że mijam się z prawdą. O wiele później rozpoznałem w tym paskudztwie zdezelowana nocną lampkę. (…)
Urodziłem się w Paryżu w roku dojścia Hitlera do władzy i tam spędziłem trzy pierwsze lata życia. Nie zaznaczyły się one w mej pamięci niczym szczególnym, tyle, że przyswoiłem sobie francuski akcent, który mi został do piątego czy szóstego roku. Wreszcie, sprawą niebagatelną pozostawała kwestia samego imienia. Rodzicom zależało na nadaniu dziecku jakiegoś atrybutu tej Francji, w której się urodziło, zarejestrowali mnie więc jako Raymond, myśląc iż jest to francuski odpowiednik naszego Romana. Niestety, stosując polską wymowę, wołano na mnie: Remo. Egzotyzm tego cudzoziemskiego imienia wprawia! mnie w takie zażenowanie i wściekłość, że czym prędzej postanowiłem się go pozbyć. Na moją prośbę, oprócz wpatrzonych z uwielbieniem krewnych i drwiących kolegów z klasy, wszyscy mówili do mnie po prostu Roman, albo zdrobniale Romek.” (Roman Polański 1989: Roman. Warszawa: Polonia – książkę przypomniał Przewodzik Książkowy)
Zostaw komentarz