Dokładnie sześć lat temu na dworcu Warszawa Centralna wsiadałem w południe do expressu, którym zamierzałem dotrzeć do Cieszyna, na 10. urodziny mojego Syna. Na godzinę 17:00. Wszystko było ustawione – sala, goście, tort z „10”, sztuczne ognie, trampoliny i inne atrakcje. Zgubiła mnie rutyna. Na ten sam peron wjechały w tym samym czasie dwa pociągi, jeden do Wiednia, drugi do Berlina. Nie patrząc na tablice stacyjne wsiadłem do tego do Berlina. Po kilkunastu minutach jazdy zobaczyłem stacje zupełnie mi obce i okolice, obok których nie przejeżdżałem. Zdębiałem, przeszył mnie zimny dreszcz. Podszedłem do drzwi wagonu i przeczytałem: Berlin. Już wiedziałem, że jak dojadę do domu przed północą to będzie sukces.
Wysiadłem w Kutnie jak zbity pies. Kanar chciał mi poczatkowo wystawić bilet na tę trasę, kompromisowo, żeby było bez mandatu, ale odpuścił, jak mu powiedziałem co spieprzyłem. Kutno do tej pory jawi mi się w kategoriach największego przekleństwa. Ale mój mózg jest przewrotny i zaczyna wówczas generować myśli swawolne, prześmiewcze, mające na celu uczynić dla mnie coś w rodzaju poduszki powietrznej, żebym upadając się zbytnio nie poobijał. Chodziłem sobie po tym mieście w oczekiwaniu na pociąg do Katowic jakiś czas i umierałem psychicznie. Jak można było tak koncertowo spieprzyć pierwszą dekadę życia Marcela Cyryla? Jak widać można było.
Dziś MC Zender obchodzi 16. urodziny. Wzrostem ustępuje mi jakieś 5-7 centymetrów. Ma kręcone włosy, dokładnie takie jak ja miałem w jego wieku, moje oczy, i myślę, że także mój spryt i nonkonformizm. Dystans do tego wszystkiego, co tak naprawdę nie żywi, lecz życia ujmuje. I co najważniejsze – specyficzny rodzaj sarkazmu. Myślę, że za dwa lata usiądzie za sterami Srebrnego Szerszenia, z którym tak trudno będzie mi się rozstać. I pojedzie przed siebie. Jak ja kiedyś.
Nie potrafię powiedzieć, czy jestem dobrym ojcem, choćby takim na trzy z minusem według skali akademickiej oceny. Ale staram się. Jak potrafię najlepiej. Co nie musi oznaczać, że dobrze, co przyjmuję z pokorą.
Opisana historia wydarzyła sie 26 czerwca 2017 roku.

W Kutnie nie ma niczego. Wszyscy są smutni i niewysokiego wzrostu. Wszędzie second-handy, jakaś fabryka, faceci w dżinsowych kurtkach i dziewczyny w różowych leginsach. W sklepie spożywczym dominuje wódka i piwo mocne za 1,79 puszka. Straż Miejska wszędzie za mną chodzi, a w zasadzie to jeździ Citroenem. Wracam na dworzec PKP. O 16.54 mam pospieszny do Katowic przez Sosnowiec.
Zostaw komentarz