Od wielu lat umożliwia mi ją karmienie świń morskich i czyszczenie klatki. Chcąc nie chcą, muszę wstać rano, nakarmić, co dwa tygodnie zmienić podłoże.
Czasem myślę sobie, że to świnie morskie hodują mnie, a nie odwrotnie. Mają bowiem takiego gościa w pokoju obok, który wystarczy, że dwie z nich zaczną drzeć ryja, idzie do „Społem”, kupuje salatę za 3,30 zł i ma spokój do 15:00.
Raz w tygodniu jadę do „Poloka” przy Katowickiej, żeby po taniości kupić ogórki i pomidory II kategorii. Są tanie, ale żeby kasjerka nie myślała sobie, że jestem biedakiem, dobieram coś drogiego. Takiego do 10 złotych. Jak mam dobry dzień, to mówię jej, żeby dwa razy policzyła. A potem muszę się martwić co z tym zrobić. Z reguły to sie potem przeterminowuje i jest do wyrzucenia. Ale godność nie ma ceny.
Hodowla świń morskich jest wymagająca. Świnie co do zasady dostosowują sie do trybu dnia i zasypiania właściciela. Moje są na tyle taktowne, że zaczynają kwilić dopiero po godzinie, jak wstanę z łóżka i się lekko ogarnę.
Około południa siadam przy klatce, wyobrażam sobie, że zapalam papierosa, bo nie palę i i zaciągając się wyobrażonym dymem pytam je, dlaczego jesteśmy po dwóch różnych stronach klatki i nie możemy się zamienić rolami.
One nie odpowiadają. I wówczas cierpię aż do wieczora.
Zostaw komentarz