– Czemu one są takie ciemne i kudłate, te świnie znaczy – zapytał Woźny w zastępstwie Kierownika Działu pracownika odpowiedzialnego za hodowlę świń na naszym uniwersytecie.

– Bo to są mangalice, z Węgier sprowadzone. Żeby otwierać oczy niedowiarkom. Są to świnie wysokomięsne – zaznaczył pasterz, adiunkt na Wydziale Biologii.

– A czy to jest w ogóle legalne, że my je hodujemy? – zapytał Woźny.

– A tego to ja nie wiem, nie jestem prawnikiem, ale to już dziesiąty rok hodowli. Trzy razy się już to stado oświniło. Te młode mają raptem kilka tygodni. Są zatem sukcesy hodowlane. Poza tym kilka razy w roku pojawia się tu in cognito pracownik Ambasady Węgier, żeby poprzytulać się do tych świnek. Mówi wówczas, oczywiście po węgiersku: Milyen szép vagy, mangalicám (ależ wy jesteście piękne, moje świnki). Po wszystkim wręcza mi banknot 10.000 forintowy za możliwość przytulenia się do świni i dorzuca drugi tej samej wartości szepcąc: dbaj o nie mój lechicki bracie!

– Śmierdzą trochę – powiedziałem od niechcenia. – Nie można by ich jakoś umyć? – zapytałem.

– Nie można, bo Kierownik Działu powiedział, że świnia musi cuchnąć. Inaczej przestanie być świnią. – powiedział pasterz z Wydziału Biologii.

– W sumie racja – pomyślałem i już zamierzałem wrócić do lektury dzieła, którego nie rozumiałem, gdy na horyzoncie objawił się garbaty student.

– Sanepid jedzie, trzeba świnie ukryć. Rektor mówił, żeby ukryć, na czas jakiś, zanim odjadą. Ktoś nas zakablował – krzyczał zdenerwowany. – I do mojego baru jeszcze się dobiorą przy okazji.

– Kierownik Działu, który właśnie zjechał windą na parking, gdzie trzymane były świnie, zarządził wyprowadzenie ich tylnym wyjściem poza budynek. – I szybko posprzątać mi tu te ohydne odchody, krzyknął w kierunku brygady sprzątaczek.

– Panie Kierowniku, ale w zimie świnie na łące wypasać? Nie będzie to wyglądać podejrzanie? – zapytał adiunkt z Wydziału Biologii.

– Będzie, ale jest jakaś alternatywa? – zapytał retorycznie Kierownik Działu.

Przyjechał Sanepid i pierwsze co zauważyli jego przedstawiciele to pasące się koło uczelni stado kudłatych świń oraz pasterza odzianego w koc wojskowy z laską w ręku.

– Jakiż to miły widok w tych przytłaczających czasach – powiedziała szefowa Sanepidu. Gdyby tak wszystkie wizytowane przez nas uczelnie były takie przyjazne zwierzętom. – westchnęła i udała się do biura Dziekana, gdzie były już przygotowane kruche ciastka, kawa i herbata. Oraz drobne upominki.

– Jakże pięknie wygląda ten pasterz na tle stada świń – powiedziała – gdy tymczasem on właśnie zamarzał, bo w ostatniej chwili zgarnął co prawda koc od ciecia w portierni, ale był w samych slipkach. A była zima, w cholerę śniegu, tak że świnie się nudziły nie mogąc skubać trawy.

Post Scriptum

Tracę nadzieję, że w kontekście ogólnym i szczególnym – na naszej uczelni kiedyś zapanuje normalność.