Z uwagi na przebytą dwa lata temu kontuzję nogi – zerwanie mięśnia uda lewej nogi, nie powinienem chyba chodzić po górach. Ale jednak poszedłem. Po drodze Robert znalazł mi kijek do podpierania się. Wlazłem w końcu na te 1200 m.n.p.m. i zobaczyłem fantastyczną panoramę. Były to góry umiarkowanie wysokie, ale urzekające. Siedziałem na szczycie i myślałem. Już nie patrzyłem, bo swoje zobaczyłem. Zatopienie się w myśleniu stało się dla mnie celem priorytetowym.
Wiedziałem, że schodzenie będzie bardziej wymagające, trudne i ryzykowne. Na trasie prześcigali mnie ludzie liczący sobie 20-30 lat więcej ode mnie. Ale ja z pokorą i uszanowaniem dla niedysponowanej nogi schodziłem w swoim tempie. Po drodze chyba kilkaset razy mówiłem „dzień dobry” lub „cześć” w zależności od wieku i aparycji mijających mnie górołazów.
Z perspektywy dziadersa Bieszczady wyglądają zupełnie inaczej niż w optyce młodego człowieka. Ale ja potrafię wciąż wcielić się w taką postać i widzieć to i owo innymi oczami. Mimo fizycznych ograniczeń.
W Bieszczadach podobało mi się najbardziej to, że w wielu miejscach nie ma ludzi. Za to są owce, barany, kozy i kozły oraz krowy. Czerwone, polskie. Na przydrożnym stoisku, gdzie sprzedaje się ser owczy waliło owczymi odchodami tak, że do tej pory mam przeczyszczony obieg wentylacyjny.
I całą ta sceneria uzmysłowiła mi jedno: że mam wiele spraw w życiu niezałatwionych, ale jak ich nie załatwię to nic się nie stanie (negatywnego dla mnie). Po prostu zaczekają na swój czas. I może mnie już nawet nie będzie, to one załatwią się same.
W życiu nie wolno się śpieszyć. Życie to nie konkurs w biegu 100 metrów przez płotki.
Zostaw komentarz