Trump rozpoczął swoją administrację ogromnym pakietem prawie 200 nakazów wykonawczych, ale równocześnie prawnicy związani ze związkami zawodowymi sektora rządowego oraz kilka NGO-ów próbuje podważyć jedną ze sztandarowych inicjatyw nowej administracji, czyli tzw. DOGE.

DOGE, czyli „Wydział optymalizacji wydatków rządowych” to właściwie pomysł Elona Muska, który chciałby przenieść swoje doświadczenia w zakresie efektywnego zarządzania dużą firmą na sektor rządowy. Chciałby zatem działać w administracji Trumpa jako organ doradczy, wskazujący na takie lub inne możliwości w zakresie poprawy jej efektywności.

Ale tutaj okazuje się, że w USA jest prawo z 1972 r., które nakłada na takie organy doradcze określone wymogi formalne. Ciało takie musi obradować w sposób publicznie jawny, w ramach dokładnego kalendarza spotkań, jego skład musi być zróżnicowany, aby zapewnić odpowiedni pluralizm opinii a jego sugestie muszą być oparte na „odpowiednich podstawach uwzględniających ich długoterminowe skutki”.

Ogólnie – prawnicy wygrzebali przepis antylobbyingowy, który w założeniu ma służyć zabezpieczeniu amerykańskiego podatnika przed nieformalnym wpływem różnych grup interesu.

W praktyce oznacza to jednak, że jeśli Musk stwierdzi, na podstawie swojego doświadczenia, że np. Departament Edukacji jest zbyt rozbudowany i mógłby wykonywać swoją pracę skromniejszymi siłami – być może z pomocą jakichś nowoczesnych technologii, to nie może ot tak sobie zasugerować tego Prezydentowi, ale powinno się to odbyć w ramach jakichś wielu spotkań, w których uczestniczyć będzie szerokie grono ekspertów, związkowców i analityków i taka sugestia musi być obudowana sążnistymi analizami wykazującymi, że faktycznie praca Departamentu Edukacji nie zostanie w wyniku takich działań upośledzona.

Realnie – zadanie być może na lata, gdyż takie konsultacje wymagają dziesiątek uzgodnień, uwzględnienia zróżnicowanych stanowisk i przeprowadzenia złożonych analiz.

Jednym słowem – jest to sposób pracy dokładnie przeciwny modelowi pracy projektowej w reżimie „zwinnych” (agile) metodyk, który jest bliski Muskowi i przez niego z sukcesem wypróbowany.

Zasadniczo, wygląda to tak, że jeśli Elon Musk nie jest formalnie członkiem rządu a jedynie zewnętrznym doradcą, to właściwie nie mógłby nawet doradzić Trumpowi, żeby ten zlikwidował te wszystkie lewackie projekty „DEI” (różnorodność, równość i inkluzywność) poupychane wszędzie w administracji a Trump nie mógłby się do jego sugestii zastosować, gdyż wymagałoby to właśnie tych żmudnych publicznych konsultacji, gdzie każdy trans obsadzony gdzieś w roli oficera politycznego dowodziłby, że jego zwolnienie zagrozi poprawnej pracy rządu a prawnicze i profesorskie głowy dowodziły miesiącami w mediach, że takie redukcje naruszają standardy demokracji itd.

Jest to zatem świetny punkt zaczepienia, żeby Elona Muska „uwalić” – przynajmniej w takiej formule jego współpracy z Trumpem, jaka została obecnie przedstawiona.

Oczywiście, gdyby Musk działał w swojej firmie w taki sposób, to nigdy żadna Tesla ani rakieta kosmiczna by tam nie powstała, ale to nie jest przecież dla skarżących go prawników problemem.

Pokazuje to wyraźnie jak trudno będzie Trumpowi przełamać opór „głębokiego państwa”, które przekopując się przez gąszcz przepisów będzie zapewne w stanie bardzo często rzucać jego administracji podobne kłody formalne pod nogi.

Czytaj więcej.

Image by Dee from Pixabay