Wypada dziś dać jakieś wspomnienie o babci. Ja inaczej niż wszyscy ludzie na świecie miałam nie dwie a 3 babcie. Bo mamę mamy, mamę taty i jej siostrę. Tak więc były Babcia Ewa, Babcia Zosia i Titka. Babcia Ewa osoba nadzwyczaj oryginalna to materiał na osobną opowieść, a Babcia Zosia i Titka – to moje ukochane babcie, które mnie hołubiły i rozpieszczały. Przy czym Babcia jeszcze czasem miała jakieś wymagania, a z Titką można było zrobić dziecięcymi łapkami, co się chciało.
Titka, niezamężna starsza siostra babci, po Powstaniu wraz z matką wywieziona została do Ravensbrück. Tam matka zmarła, a Titka – tak naprawdę Marychna Šipkówna, po wyzwoleniu obozu, wycieńczona (maleńka, ale dość mocnej kości, ważyła przy wzroście 150 cm – 38 kg) uważając, że nie ma już żadnej Warszawy, powędrowała na południe – do Czechosłowacji, szukać ojca (który w czasie okupacji wrócił na rodzinną Słowację) i brata. Ponieważ ojciec, jak się okazało, także już zmarł, przez jakiś czas mieszkała u brata i bratowej na Slowacji. Tam w 46 odnalazł ją list od siostry z Warszawy. Siostra, czyli moja Babcia Zosia, powrociwszy z obozu w Turyngii z małym synkiem, była zupełnie sama, bo mąż zginął w Sachsenhausen. Jako że dom rodzinny był zburzony, zamieszkała na Pradze (konkretnie na Szmulkach) w kawalerce wuja, urzędnika kolejowego. Tam też sprowadziła się wkrotce Marychna by prowadzić siostrze i wujkowi Jankowi dom. I tak wychowywały razem mojego Tatę. Babcia pełniła bardziej rolę ojca i zarabiała na życie, a Titka zajmowała się domem i dzieckiem. A czemu akurat Titka a nie jakoś inaczej? Bo mały Zbyszek nie umiał wymówić „ciotka” i mowił „titka”, no i tak zostało. Kochała go nad życie, a gdy chorował ciężko na zapalenie płuc, całą noc leżała krzyżem w kościele św. Andrzeja Boboli (ktorego uważała za Taty patrona) modląc się o jego zdrowie.
Titka to kakao z pianką i chałka z masłem na niedzielne śniadanie, ( do dziś robię bitki wołowe i zupę szczawiową, według jej przepisu), do Babci uwielbiałam się pakować do łóżka i przytulać. Mowiłam ze jest ciepła jak piecyk. Mialam z Babcią swój szyfr. Jak jej chciałam zrobić na złość to mówiłam wierszyk: „Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu,
przyszedł duch
babę w brzuch
baba fik
a duch znikł”
Zawsze wtedy mowila ze to brzydki wierszyk i udawała, że sie złości.
Na udobruchanie ( przy dowolnej okazji kiedy coś przskrobałam) był inny wierszyk z babą (częściej używany)
„Para koni jedzie z miasta
a na wozie baba z ciasta
jeden prycha, drugi stęka
aż tu nagle kolo pęka
prędko koło naprawili
babę z wozu wysadzili
teraz konie mkną, ze hej
baba z wozu, koniom lżej”
Zbliżałam się nieśmiało, stawałam w pozycji na baczność i rozpoczynałam recytację. Już po pierwszych dwóch wersach Babcia zaczynała się smiać i sprawa była załagodzona.
Babcia, absolutna skarbnica wszelkich powiedzonek i wierszykow ( musiała mieć doskonałą pamięć) uwielbiała jeszcze jeden niezbyt umoralniajqcy wierszyk, ktory brzmiał tak:
„Bajeczka pana Jachowicza.
Staś na sukni zrobił plamę,
oblał bowiem ponczem mamę,
a widząc ją w srogim gniewie,
jak przepraszać, sam już nie wie.
Plama glupstwo mama doda,
ale ponczu, ponczu szkoda…”
Jak widzicie wszystkie wierszyki pamiętam. Babcia jest bardzo ważna w edukacji dziecka.
Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 do 2016 roku wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zostaw komentarz