Dzisiaj jest wyjątkowy dzień. 13 sierpnia 1920 roku nad Polską unosił się zapach kurzu, potu i niepokoju. Na wschodzie szła burza – nie z chmur, lecz z żelaza i ideologii. Armia Czerwona, pijana zwycięstwami, miała już w oczach nie Warszawę, a Berlin.

W ich planach Polska była tylko przystankiem, mostem do podpalenia całej Europy. A jednak to tu, na nadwiślańskich polach, historia postanowiła zagrać va banque.

Polska – zaledwie dwa lata wcześniej odzyskała niepodległość – stanęła na krawędzi istnienia. Na papierze szanse były nikłe: bolszewików więcej, sprzętu więcej, amunicji więcej. My mieliśmy tylko determinację i świadomość, że jeśli upadniemy, upadnie wszystko.Bitwa rozpoczęła się 13 sierpnia. Każdy dzień był jak kolejny akt dramatu – Ossów, Radzymin, Wólka Radzymińska. Ginęli chłopcy w sutannach i w roboczych butach, oficerowie po szkołach w Paryżu i rekruci, którzy jeszcze miesiąc temu orali pole.

Ginęli, bo wiedzieli, że za nimi jest tylko miasto, a w nim matki, dzieci i wolność, którą dopiero co odzyskali.

Potem przyszedł manewr znad Wieprza – genialny, desperacki, iście szachowy ruch marszałka Piłsudskiego. W kilka dni front się załamał. Bolszewicka ofensywa rozpadła się jak fala uderzająca w klif. Europa mówiła o „Cudzie nad Wisłą”, ale w rzeczywistości cud miał twarz żołnierza w brudnym mundurze, z opatrunkiem na ramieniu, który jeszcze stał w szeregu, bo nie miał już dokąd się cofać.

To zwycięstwo nie było tylko militarne. Było psychologicznym murem, który zatrzymał czerwoną powódź. Gdyby Wisła została przekroczona, nie byłoby dziś niepodległej Polski – może nawet nie byłoby tej rozmowy.
I tu jest morał, który warto przypomnieć co roku w sierpniu: Polska nigdy nie wygrała bitwy dlatego, że miała więcej armat. Polska wygrywała, bo miała więcej serc gotowych stanąć tam, gdzie rozsądek kazałby uciec.

Mam nadzieję, że tak jest nadal.