Wieś Caryńskie, dziś całkowicie nieistniejąca, leży w dolinie potoku Caryńskiego. Jeszcze przed wojną żyli tu Bojkowie, była cerkiew, kilkadziesiąt gospodarstw. Po wysiedleniach w latach 40. miejsce opustoszało. Do dziś zachowały się jedynie resztki cmentarza i ślady po fundamentach.

Zapisałem rozmowę z turystą, który postanowił zejść z głównego szlaku i odwiedzić dawną wieś. Poniżej przytaczam jego relację, spisaną możliwie wiernie.

To było dzień przed Wszystkimi Świętymi, późne popołudnie, październikowe niebo już się ściemniało. Wracałem ze szlaku przez Połoninę Caryńską i pomyślałem, że zajrzę do Caryńskiego. Słyszałem wcześniej, że jest tam stary cmentarz, zarośnięty i opuszczony.

Las był wilgotny, pachniało grzybami. Cisza taka, że aż człowiekowi dzwoniło w uszach. Kiedy dotarłem na cmentarz, stanąłem przy jednym nagrobku, porośniętym mchem. Niektóre napisy w cyrylicy były tak starte, że prawie nic się nie dało odczytać.

I wtedy to się zaczęło. Najpierw dźwięk – cichy, monotoniczny. Jak śpiew w cerkwi, tylko jakby bardzo daleko, przytłumiony. Rozejrzałem się, nikogo nie było. Myślałem, że może wiatr, że mi się przewiduje. Ale nie. Śpiew się nasilał.

Spojrzałem między drzewa i zobaczyłem go. Szedł powoli, krok za krokiem. Wysoki mężczyzna, w długim czarnym ornacie, z brodą, w tej wysokiej czapce, jaką noszą popi. W rękach trzymał księgę.

Najpierw chciałem podejść, bo wydawało mi się, że może to ktoś przebrany, przewodnik, turysta. Ale gdy zobaczyłem jego twarz – coś we mnie zastygło. Twarz była blada jak papier, oczy puste. Nie patrzyły na mnie, tylko gdzieś poza jakby na groby.

Usta poruszały się, ale nie słyszałem słów, tylko czułem, że on modli się dalej. I nagle zapadła cisza absolutna. Ucichł wiatr, nie było żadnego dźwięku – jakby świat się zatrzymał.

On podniósł księgę i ta sama się otworzyła. Wtedy poczułem lodowaty chłód. Nie mogłem się ruszyć, nogi miałem jak z kamienia. Patrzyłem, jak ten pop stoi nad grobem.

Nie wiem, jak długo to trwało. Może minutę, może dziesięć sekund, trudno powiedzieć. Nagle zrobiłem krok w tył i nadepnąłem na przewrócony krzyż. Zaskrzypiał pod butem. W tej samej chwili zjawa znikła. Nie było nikogo. Został tylko zapach kadzidła, taki, jak pamiętam z cerkwi gdzie kiedyś byłem.

Wtedy ruszyłem biegiem. Nie patrzyłem za siebie, tylko przed siebie, byle dalej od tego miejsca. Serce waliło mi jak młot. Kiedy dobiegłem do drogi, dopiero odetchnąłem. Ale jeszcze długo miałem wrażenie, że ktoś idzie obok mnie.

Nie wiem, co to było. Do dziś nie mam odpowiedzi. Ale wiem jedno – w Caryńskim nie należy zostawać po zmroku. Tam wciąż ktoś odprawia swoje nabożeństwo. Choć wiernych już nie ma, pop nie odszedł.

Relacja ta nie jest jedyną. Od lat ludzie wspominają, że na cmentarzach dawnych wsi bojkowskich – w Caryńskie, Hulskim, Tworylnem – widują postacie duchownych, słyszą śpiewy. W kulturze ludowej takie zjawy często tłumaczono „niedopełnionym obrządkiem” – dusza księdza, który stracił wiernych, miała wciąż powracać, by odprawiać modlitwę. Niezależnie od tego, czy traktować tę opowieść jako rzeczywiste przeżycie, czy jako silne doświadczenie psychiczne, wpisuje się ona w bieszczadzki krajobraz tajemnicy.

 

Autor: Jędruś Ciupaga