Kosmiczny Tusk i satelity obywatelskie – czyli jak Europa wznosi się w próżnię

Dziadek Zdzich, emeryt z sercem na dłoni i lornetką w oku, patrzy dziś w niebo – nie by sprawdzić pogodę, lecz za Tuskiem, który z uśmiechem astronauty obiecuje nowy start Polski. Start – owszem, efektowny. Lądowanie? Nieprzewidziane. Bo gdy Europa już leci w kosmos, my wciąż stoimy w kolejce po własnego satelitę i garść unijnych obietnic.

Nowy start, stary scenariusz

Pod światłym przywództwem tuskowym Polska właśnie prześcignęła Japonię – przynajmniej w narracji. Start rakiety ogłoszony, konfetti leci, a trajektorii brak. Kolejny kosmiczny program Tuska to raczej pokaz świetlny niż lot na orbitę.

Koalicja międzyplanetarna

KO, czyli Kosmiczna Odyseja. Każdy członek – nie naleśnik – ma dostać własnego satelitę, który będzie nadawał w eterze niekończące się pochwały Kim Ir Tuska. Zamiast rakiet – gadżety, zamiast planu – planety.

Mur europejskiej jedności

Na tle muru, który sam postawił, Tusk z Ursulą von der Leyen ogłaszają nowe kredyty. Pożyczymy wspólnie, wydamy hojnie – oczywiście na produkty niemieckie i francuskie. Polskie fabryki? Będą mogły pomachać z ziemi chorągiewkami unijnymi.

Ziemia do Tuska: halo, realność!

„Będziemy, zrobimy, uruchomimy” – brzmi jak wieczna transmisja z kosmosu. Szkoda, że w eterze, nie w rzeczywistości. Bo nawet dziadek Zdzich wie, że z pustych obietnic nie da się ulepić rakiety.

Autor: Zdzisław Sługocki