Informacja o zniknięciu z polskiej sceny grupy nazywającej się „Ostatnim Pokoleniem” trudno nazwać czymś innym niż końcem pewnego ideologicznego eksperymentu. Przez lata przedstawiali się jako moralna awangarda, która rzekomo ratuje planetę przed katastrofą. W praktyce ich działalność polegała głównie na uprzykrzaniu życia zwykłym ludziom.

Blokowane drogi, prowokacyjne akcje w przestrzeni publicznej, demonstracyjne łamanie prawa. Wszystko pod hasłem wyższej misji.

Najbardziej znamienne jest jednak to, że własne wycofanie próbują ogłosić sukcesem. Ten mechanizm jest dobrze znany w psychologii ruchów ideologicznych. Gdy rzeczywistość zaczyna weryfikować radykalne pomysły, a pojawiają się realne konsekwencje prawne i finansowe, narracja musi zostać odwrócona. Porażkę przedstawia się jako zwycięstwo, a wycofanie jako strategiczny triumf. To sposób na zachowanie poczucia moralnej racji.

Całe zjawisko pokazuje też coś głębszego. Radykalne ruchy klimatyczne są często bardziej buntem kulturowym niż realną troską o środowisko. Dają poczucie przynależności do elitarnej grupy „oświeconych”, którzy rzekomo wiedzą lepiej od reszty społeczeństwa. W takim układzie zwykły człowiek staje się przeszkodą, a nie partnerem do rozmowy.

Kierowca, pracownik, rodzic jadący z dzieckiem do szkoły. W oczach ideologicznego aktywizmu to tylko element systemu, który trzeba zablokować.

Problem polega na tym, że społeczeństwa mają ograniczoną cierpliwość wobec takich eksperymentów. Można długo powtarzać wielkie hasła o ratowaniu świata, ale kiedy metoda polega na dezorganizowaniu życia innych ludzi, sympatia szybko się kończy.

Historia takich ruchów zwykle wygląda podobnie. Najpierw pojawia się poczucie misji i moralnej wyższości. Potem coraz bardziej spektakularne akcje mające zwrócić uwagę mediów. A na końcu przychodzi zderzenie z rzeczywistością.

I ono zazwyczaj kończy ideologiczny spektakl szybciej, niż jego twórcy chcieliby przyznać.Sami w końcu pokazali, że są odklejeni- umysłowo a teraz wreszcie odkleili się od ulicy.