Teraz nie będzie przyjemnie.
W teorii demokracji opozycja pełni rolę sumienia parlamentu. To ona ma patrzeć władzy na ręce, zadawać niewygodne pytania, ujawniać nadużycia i być głosem tych obywateli, którzy nie zgadzają się z aktualnym kursem państwa. Ma nie tylko krytykować, ale również pokazywać, że istnieje realna alternatywa.
Dzisiejszą opozycję tworzą przede wszystkim PiS, Konfederacja i ugrupowanie Brauna. Formalnie opozycja posiada wszystko, czego potrzeba do skutecznego działania: ma posłów, biura, ekspertów, dostęp do mediów, czas antenowy i finansowanie z budżetu państwa. Teoretycznie dysponuje więc narzędziami pozwalającymi wpływać na debatę publiczną i kontrolować władzę.
A jednak coraz częściej sprawia wrażenie siły bezradnej.
Samo występowanie w mediach już nie wystarcza. Opozycja mówi, apeluje, ostrzega, zapowiada rozliczenia, ale jej słowa coraz częściej odbijają się od społecznej obojętności. Nie zawsze dlatego, że nie ma racji. Problem leży gdzie indziej. Brakuje spójności, konsekwencji, odwagi i przede wszystkim zdolności do budowania szerokiego zaufania społecznego.
Wyborcy widzą polityków, którzy więcej energii poświęcają własnym sporom niż tworzeniu skutecznej alternatywy. Widzą kolejne konferencje prasowe, kolejne wpisy w mediach społecznościowych, kolejne zdjęcia z partyjnych spotkań. Czasami wygląda to bardziej jak niekończąca się sesja fotograficzna niż walka o realne wpływy. Jedno selfie za drugim. Trochę jak zdjęcie z misiem na Krupówkach. Pamiątka jest, tylko efektów brak.
Ten teatr kosztuje. Biura poselskie, ekspertyzy, wyjazdy, kampanie informacyjne, wynagrodzenia i partyjne struktury finansowane są z pieniędzy podatników. Coraz więcej obywateli zadaje sobie więc pytanie, czy za własne pieniądze otrzymuje rzeczywistą kontrolę nad władzą, czy jedynie kosztowną iluzję politycznej aktywności.
Pojawia się pytanie jeszcze bardziej niewygodne. Czy społeczeństwo powinno finansować opozycję, która nie potrafi skutecznie pełnić swojej podstawowej funkcji?
Oczywiście demokracja bez opozycji prowadzi do autorytaryzmu. Ale demokracja z opozycją słabą, rozbitą i nieskuteczną również staje się problemem. Wtedy obywatele mają poczucie, że system działa, że istnieje kontrola i równowaga, podczas gdy w praktyce władza może działać niemal bezkarnie. Donald Tusk i jego ferajna podejmują kolejne decyzje,często wbrew prawu , prezydentowi, konstytucji, a odpowiedzią opozycji pozostają głównie zapowiedzi, że kiedyś przyjdzie czas rozliczeń.
Kiedyś.
To słowo pada od miesięcy.
Tymczasem polityka dzieje się tu i teraz.
Największym problemem nie jest jednak sama słabość opozycji. Największym problemem jest jej niezdolność do współpracy. Nie potrafi porozumieć się nawet z ugrupowaniami, które podobnie patrzą na wiele spraw. Zamiast szukać wspólnego języka, również z mniejszymi środowiskami pozaparlamentarnymi, często traktuje je z wyższością, jak nieproszonych gości przy własnym stole.
A przecież demokracja polega właśnie na umiejętności reprezentowania także tych mniejszych, słabszych i mniej wpływowych środowisk.
Przypomina mi się pewna historia z Wielkiej Brytanii. Niewielkie środowisko kominiarzy postanowiło walczyć o własną reprezentację polityczną i własnych przedstawicieli w parlamencie. W kraju opartym na jednomandatowych okręgach wyborczych oraz dominacji dwóch wielkich ugrupowań wydawało się to przedsięwzięciem skazanym na niepowodzenie. Mimo to ich inicjatywa nie została potraktowana jak polityczny folklor. Zrozumiano bowiem rzecz fundamentalną: nawet najmniejsza grupa obywateli ma prawo do reprezentacji i do tego, by jej głos został usłyszany.
Na tym właśnie polega demokracja.
Nie na monopolu wielkich partii. Nie na zamykaniu drzwi przed mniejszymi środowiskami. Nie na przekonaniu, że rację mają wyłącznie najwięksi i najgłośniejsi. Demokracja polega na tym, że różne środowiska potrafią ze sobą rozmawiać, współpracować i budować szersze porozumienie wokół wspólnych celów.
Tymczasem w Polsce wielu polityków najwyraźniej tego nie rozumie. Wolą pouczać niż słuchać. Wolą dominować niż współpracować. Wolą pilnować własnych pozycji niż budować szeroki obóz ludzi myślących podobnie. Mniejsze środowiska traktują z pobłażaniem albo otwartą pogardą, a później ze zdziwieniem odkrywają, że mimo rosnącego niezadowolenia społecznego wciąż pozostają bezsilni.
I właśnie dlatego coraz więcej obywateli ma poczucie, że ogląda najdroższy spektakl politycznej niemocy w historii wolnej Polski. Spektakl finansowany z własnych podatków, w którym aktorzy nieustannie mówią o zmianie, ale czy potrafią stworzyć siłę zdolną te zmiany przeprowadzić, jeśli nawet nie potrafią porozumieć się między sobą?

Zostaw komentarz