Pomimo upływu tylu lat wciąż są w Bieszczadach historie, które drzemią gdzieś głęboko w rodzinnych wspomnieniach. Ktoś coś wie, ktoś coś słyszał, ktoś pamięta nazwisko, ale kiedy próbuje złożyć to wszystko w jedną całość, nagle okazuje się, że czegoś brakuje.

Dane osobowe znałem. Miałem je przekazane wraz z opisem wydarzeń. Mimo tego postanowiłem poszukać kogoś, kto mógłby jeszcze pamiętać tamte czasy. Poprosiłem więc moją znajomą o pomoc. Chciałem, żeby porozmawiała z człowiekiem, który żył w tamtych latach i być może pamiętał coś więcej. Personalia potwierdziła.
Ale wydarzeń, które jej przekazałem, nie znała. Opis otrzymałem od osoby mieszkającej obecnie za granicą. Im bardziej próbuję poukładać poszczególne elementy, tym mocniej mam świadomość, że jest to jedna z tych opowieści, które już na zawsze będą miały swoje białe plamy.

W chwili wybuchu wojny Rybne nie było wielką wsią. Mieszkało tam około sześćdziesięciu rodzin. Polskich było zaledwie siedem. Były i rodziny mieszane i nikogo to wtedy nie dziwiło. Ludzie znali się przecież od lat. Sąsiad znał sąsiada. Wiedział, kto ma dobrego konia, kto potrafi naprawić wóz, kto przyjdzie pomóc przy żniwach.

A potem przyszła wojna.
I wraz z nią przyszły idee, których wcześniej wielu zwyczajnych ludzi nawet nie rozumiało. Zaczęły się podziały. Jeden coraz mocniej angażował się w ukraiński ruch narodowy, drugi chciał po prostu przeżyć i doczekać spokojniejszych czasów. Byli też tacy, którzy nie potrafili pogodzić swojej narodowej świadomości z nienawiścią do człowieka mieszkającego za płotem. Przecież ten nie pojawił się tam wczoraj. Pewnego ranka polscy mieszkańcy zobaczyli na drzwiach swoich domów kartki. Rozwieszono je nocą.
Znajdowało się na nich ostrzeżenie, że ludność polska, chcąc uniknąć rozlewu krwi, ma natychmiast przenieść się do Polany. Nie wykonanie polecenia skutkuje śmiercią. Podpisano Ukraińska Powstańcza Armia. W Polanie planowano utworzyć skupisko ludności polskiej.
Plan przeniesienia Polaków ostatecznie nie został zrealizowany. Walki prowadzone przez Wojsko Polskie z oddziałami UPA i zmieniająca się sytuacja na tym terenie sprawiły, że zamierzenia te nie doszły do skutku. Polskie rodziny zaczeły szukać kryjówek w których można było przeczekać noc. Ukrywali się w trudno dostępnych miejscach, szukali schronienia u krewnych i znajomych.

Jedna z polskich rodzin zdecydowała się ukryć swojego czternastoletniego syna u sąsiadów. Znali się od pokoleń. Traktowali się jak rodzina. Dlaczego właśnie tam?
Być może dlatego, że w tamtym momencie wydawało się to najbezpieczniejszym miejscem. Być może rodzice wierzyli, że sąsiedzi zdołają go ochronić. A może po prostu nie mieli już innego wyjścia. Chłopiec znalazł schronienie u greckokatolickiej rodziny.
Tam miał być bezpieczny.

Został odnaleziony przez banderowców i zamordowany w okrutny sposób. Według relacji rodziny, która go ukrywała, kiedy przyszli ,,ci z lasu ,, i kazali odmówić pacierz . Dzieciak miał tego nie zrobić. Właśnie w ten sposób miało wyjść na jaw jego polskie pochodzenie. Ojciec chłopca nie chciał w to uwierzyć. Dla niego było nie do pojęcia, że jego syn, który znalazł schronienie u ludzi znanych im od pokoleń i mógł zostać przez nich wydany. Ból po stracie dziecka niemal doprowadził do odwetu na sąsiadach którzy go ukrywali. W ostatniej chwili człowiek ten zaniechał zemsty.

Do dziś nie wiadomo, jaka była prawda. Czy chłopiec rzeczywiście nie odmówił pacierza i w ten sposób zdradził swoje pochodzenie? Czy może osoby, które go ukrywały, przestraszyły się o własne dzieci i własne życie? Czy ktoś powiedział banderowcom, że w domu ukrywa się polskie dziecko? A może wszystko wyglądało zupełnie inaczej?

Ktoś, kto być może mógł wiedzieć coś więcej, zasłonił się niepamięcią. I na tym historia się urywa. Pozostaje tylko cisza.
Nazwisk celowo tutaj nie wymieniam pomimo że je znam Żyją jeszcze potomkowie. Może mijają się dzisiaj na drodze. Może mieszkają niedaleko siebie. Może w rodzinnych szufladach wciąż przechowują stare fotografie…

A może ktoś z nich pamięta jeszcze opowieść przekazaną przez dziadka czy babcię, której nigdy nie zapisano. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim pozostaje pytanie ile jeszcze takich tragedii i tajemnic skrywają Bieszczady?

Autor: Jędruś Ciupaga