Tomasz Warchoł w swojej najnowszej książce „Zwariowałem! Otworzyłem firmę w Polsce” wsadza kij w mrowisko. Czy faktycznie oszalał? Trochę tak. Podążanie za swoimi marzeniami zawsze ma posmak dziwactwa. I chociaż frazes „chcieć to móc” odmieniany jest ostatnio przez wszystkie przypadki, Warchołowi udaje się uniknąć coachingowej maniery. Szczery do bólu, krytyczny w spojrzeniu na świat i na samego siebie, doskonale zorientowany w biznesowych mechanizmach. Zdążył już podbić serca czytelników, bo jego debiut znalazł się na I miejscu listy Empik „TOP 100 nowości” w kategorii: zarządzanie.
Autor dobrze zresztą wie, o czym mówi. Ma za sobą niezliczone prace dorywcze w środowiskach międzynarodowych, do 2014 roku pracował w jednej z największych linii lotniczych w Europie. Po ukończeniu college’u w Wielkiej Brytanii został właścicielem firmy z instalacjami elektrycznymi działającej na rynku angielskim i polskim. Intensywne życie zawodowe łączy z byciem mężem i ojcem.
Na niespełna 120 stronach prowadzi nas przez blaski i cienie emigracji zarobkowej, pułapki pierwszych pomysłów na biznes, zawiłości prawa pracy, dylematy szefa zarządzającego nie tylko własnymi finansami, ale przede wszystkim ludźmi. Mierzymy się z jego błędami, towarzyszymy w zwątpieniach, wspólnie wyciągamy ważne wnioski. Warchoł snuje tę bardzo osobistą opowieść z niezwykłą swadą. Szybko więc przestajemy traktować jego książkę jako „kolejny podręcznik” – staje się ona mądrą lekcją biznesu i życia. Przypomnieniem starych prawd, których tak nie znosi dzisiejsza moda na szybki sukces, najlepiej efektownie wyglądający w mediach społecznościowych.
Cierpliwe zdobywanie wiedzy, branie odpowiedzialność za siebie i innych, rozwaga. Niby banały, ale każda próba pójścia w życiu na skróty kiepsko się kończy. Warchołowi zależy więc, abyśmy na serio potraktowali jego rady. Szczególnie chyba tę, która stanowi oś jego książki: miej cel i pokochaj gorzki smak porażki, bo: „[…] człowiek jest tak dziwną istotą, że rzadko chce uczyć się na cudzych błędach. Zazwyczaj uczy się na swoich. A to boli. Ale, jak mawiają kulturyści, boli – znaczy rośnie. I z tym się zgodzę. Nie ma lepszej nauki niż ta, za którą zapłaciłeś ze swojego portfela.”
Tomasz Warchoł w swojej książce dostarcza nam konkretnych narzędzi do zmierzenia się z polskimi realiami, przekonując ostatecznie, że w tym szaleństwie jest metoda. Malkontentom elegancko i rzeczowo wytrąca z ręki argumenty, a rzecznikom „wizualizacji sukcesu” pokazuje nieźle spracowane dłonie. Kuszące projekcje, to owszem, pierwszy krok, ale wcale nie najważniejszy.






Zostaw komentarz