Przytłacza mnie ogrom natrętnych i ciężkich myśli. Właśnie dziś, nie wczoraj czy w niedzielę. Myśli niepokojących i pozornie tylko przelotnych. Myśli wciskających się w trzewia mojego jestestwa niczym wirus atakujący organizm.
Na naszych oczach kończy się wiele spraw, rzeczy, funkcji, pojęć, wreszcie profesji. Jestem przekonany, że kończy się era tradycyjnej edukacji. Na wszystkich jej etapach.
Ale ja chciałbym zwrócić uwagę na kształcenie wyższe, uniwersyteckie. Wczesną wiosną 2020 roku poprzenoszono wykładowców i studentów do internetu. Część naukowców, zwłaszcza tych tzw. starej daty musiała w związku z tym opanować sztukę obsługi MS Teamsa i innych platform, przywyknąć do gadania przez 90 minut do pustego ekranu, pardon, ekranu z dziesiątkami kółeczek zawierających inicjały imienia i nazwiska studentów. Studentów, którzy w tym czasie mieli delikatnie mówiąc różny stosunek do nadawanego przekazu. Część siedziała i słuchała, część gotowała, prała, spała, malowała paznokcie, zasiadała uroczyście na klozecie. Następowało jedno wielkie ucyfrowienie procesu edukacji.
Nie jestem dobrym dydaktykiem, na ogół jestem nieprzygotowany do zajęć i tylko improwizuję. Ale może właśnie dzięki temu zaczynam rozumieć jedną rzecz. Że mianowicie, jak jako wykładowcy nie staniemy się youtuberami i science-celebrytami, to nie przetrwamy w zawodzie. Owszem, te kilka procent studentów nadal łaknąć będzie wiedzy przekazywanej w tradycyjny sposób, ale cała reszta już teraz przerzuca się na 20-minutowe filmiki wyjaśniające im jakąś część rzeczywistości. W necie jest mnóstwo szlamu, miliony kretynów i kretynek opowiadających o świecie, ludziach i zwierzętach, promujących jednocześnie poza sobą jakieś produkty, z czego czerpią dodatkowe zyski. Ale to właśnie te 20-minutowe filmiki przykuwają i … przekuwają uwagę studentów.
Wyobraźnia młodych ludzi w czasie Covidu została do tego stopnia zgwałcona i zniekształcona, że całkowitej zmianie uległy nie tylko kanały percepcji i recepcji, ale zasadniczo zmieniły się „gusta” odnośnie do wiedzy i umiejętności. Tradycyjny świat nauki ze swoją klasyczną systematyką wiedzy i metod jej przekazu już praktycznie nie istnieje (dla studentów przynajmniej). Ale na szczęście nie zanikł głód wiedzy i poznawania. On jednak już teraz musi być zaspokajany w inny sposób, nie porzucając jednakże tego wszystkiego, co zostało wypracowane w epoce przedkowidowej.
Nawet jeśli jakimś cudem pandemia koronawirusa zakończyłaby się jutro lub choćby na wiosnę 2022 roku, na co nie ma żadnych szans, już nie będzie powrotu do tradycyjnych form edukacji… Na rynku edukacyjnym przetrwają tylko dwa gatunki:
– pseudonauczyciele – hochsztaplerzy i quasiintelektualni naciągacze doskonale orientujący się w technikach przekazu internetowego i – co ważne – manipulacji oraz:
– pasjonaci nauki, ludzie twórczy, ambitni, pomysłowi i umiejący zarażać innych pasją poznania naukowego, z których część opanuje metody przekazu internetowego na tyle, że zdobędzie sobie słuchaczy, a część tego nie zrobi i zagospodaruje niewielką, ale jednak, niszę odbiorców łaknących bezpośredniego kontaktu.
Na czym polegać będzie zmiana? Mianowicie na tym, że zniknie jakieś 80-90% tych wszystkich nauczycieli lub udających nauczycieli, którzy nie mieszczą się w tym dwójpodziale usług edukacyjnych. Prawdziwa nauka stanie się wielkim luksusem podczas gdy coś co ją udaje stanie się wielkim oszustwem.
A tu zajawka pseudoedukacji:
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz