Należę do tego już odchodzącego z tego świata pokolenia, któremu żadna izolacja nie jest straszna, jeśli ma co czytać, dodam do tego … że jeśli jeszcze może czytać. Wielu bowiem moim rówieśnikom, a także zauważyłem, że i mnie… czytanie zaczyna sprawiać trudność. Nie chodzi o niedopasowane okulary, tylko o treść tego co się współcześnie wydaje.
Wygląda bowiem na to, że Instytut Książki o poważnym budżecie instytucja państwowa kreuje politykę wydawniczą i czytelniczą, to znaczy dotując autorów… zwierzających się nie tyle z rozterek egzystencjalnych, ile ze swoich preferencji seksualnych, im odstających od normy, tym atrakcyjniejszych edytorsko.
Nie jestem wyrafinowanym, ani specjalnie wybrednym czytelnikiem, ale coraz częściej zdarza mi się książkę nie czytać, co kartkować. Dobrze mi się czyta Nowakowskiego, kryminały Krajewskiego, ale już bez takiego czytelniczego wzruszenia i zachłanności jak za młodu książki Marka Twaina, czy Kornela Makuszyńskiego, czy — polubionego w wieku dojrzalszym Michała Choromańskiego.
Książki towarzyszyły mojemu życiu… odkąd pamiętam. Na początku, czytała nam je nasza Mama. Wychodziliśmy np. na pół dnia do parku i w jakimś zaciszu, wśród zieleni czytała nam Mama „Potop” Sienkiewicza. Po śmierci Ojca bardzo nam się pogorszyła sytuacja materialna, ale nie czytelnicza, bo Mama, zajęła się sprzedażą książek w szpitalu, w którym pracowała. To zapewniało mi dostęp do ówczesnych bestsellerów wydawniczych.
Ważnym również w procesie kształcenia nawyku czytelniczego była prywatna biblioteka Tadeusza Pawłęgi w Wadowicach. Osobliwy, niby komercyjny interes, ale właściciel, utrzymywał siebie i swoją rodzinę ( miał bardzo ładne córki) nie z wypożyczania książek, ale ze straganu warzywnego na rynku. Za wypożyczenie książki na 1 dzień płaciło się — równowartość zakupu bułki.
Pan Tadeusz miał długą, siwą brodę i gwałtowny charakter, potrafił z lokalu bibliotecznego… wykopać niesolidnego czytelnika, wcześniej był marynarzem. Myślę, że książkami zainteresował się podczas długich rejsów i tak mu to zauroczenie pozostało.
Jego biblioteka gromadziła pozycje niedostępne gdzie indziej, przedwojenne wydania szmirowatej i sensacyjnej literatury, przez co zarażała czytelnictwem szczególnie młodych ludzi. Wyzwalała w nich potrzebę czytania, mimo awersji wyniesionych wcześniej z procesów edukacyjnych. Jako jedna z nielicznych niezależnych instytucji kulturalnych była solą w oku polonistów i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Moja śp. Matka — nieczynna w zawodzie przedwojenna nauczycielka — tępiła moje zainteresowanie księgozbiorem pana Pawłęgi, niczym — pornografią, co dodawało smaku owocu zakazanego, delektowania się przygodami detektywa Rafała Królika — Antoniego Marczyńskiego, czy innymi, niedostępnymi na peerelowskim rynku księgarskim pozycjami. Wśród księgozbioru, którego część miała nietypowy format, bo była mozolnie złożona z codziennych, albo nawet cotygodniowych fragmentów, drukowanych w dziennikach, tak że po jednej stronie był tekst, a po drugiej przeważnie ogłoszenia, co przede mną otwierało oprócz właściwej narracji dodatkowe wrażenia, jak wyglądał świat przed komuną — znajdowały się również dzieła wybitne, aczkolwiek w tamtych czasach trefne, jak „Strzępy epopei” M. Wańkowicza, czy „Pożoga” Zofii Kossak-Szczuckiej i inne. Wypożyczalnia „Kultura i Sztuka” Tadeusza Pawłęgi w Wadowicach przetrwała w PRL przez 20 lat — pewnie dlatego, że wśród korzystających z niej czytelników było sporo milicjantów.
Tekst ilustruję reprodukcją obrazu Wojciecha Piechowskiego.
W uzupełnieniu należałoby dodć, że Tadeusz Pawłega był bohaterem. Po zajęciu przez wojska niemieckie Wadowic we września 1939 roku, Niemcy w niedługim czasie wyrzucili na dziedzińcu koszar wojskowych wszystkie książki z biblioteki jednostki wojskowej. Miały one być zniszczone następnego dnia. Pan Pawłega przekupił strażników i pod osłoną nocy wynajęta furmanką wywiózł ratując dużą ilość książek. Tak też powstała jego wypożyczalnia książek z której ja też korzystałem. Pan Pawłega był dobrym znajomym mojego ojca. Kiedyś jako młody chłopak wypożyczyłem u niego książkę, którą zgubiłem, gdyż w drodze do domu udałem się że spotkanym przypadkowo kolegą na sanki, za Kościołem w Rynku. Następnego dnia udałem się wraz z tatą do Pawłegi i okazało się, że książkę przyniósł jakiś chłopiec, w zamian prosząc o przyjęcie na listę czytelników. Trzeba podkreślić, że nie wszyscy byli akceptowani do tej prywatnej wypożyczalni. Miałem kiedyś rozpoczęty artykuł na temat tego wadowickiego bohatera, ale skoro już ukazał się ten tekst to należało dodać tę arcyważną informację, skąd pochodziła większość Jego zbiorów bibliotecznych.