Pasjonujące zadanie dla historyka badającego historię XX-wiecznej Europy. Czy korzenie izraelskiego polityka Israela Katza sięgały ziem czeskich, należących wówczas do monarchii Habsburgów?

Kapelan polowy Otto Katz, najdoskonalszy ksiądz wojskowy, był Żydem. Nie ma w tym zresztą nic osobliwego. Arcybiskup Kohn był też Żydem, i jeszcze do tego kolegą Machara.

Kapelan polowy Otto Katz miał jeszcze barwniejszą przeszłość niż sławny arcybiskup Kohn.

Odbywał studia w Akademii Handlowej i służył w wojsku jako jednoroczny ochotnik. Na wekslach i prawie wekslowym znał się tak świetnie, że w ciągu tej jednorocznej służby wojskowej doprowadził firmę Katz i S-ka do gruntownego bankructwa ,w wyniku czego stary pan Katz, ugodziwszy się z wierzycielami, czmychnął do Ameryki Północnej bez ich wiedzy oraz bez wiedzy swego wspólnika, który wyjechał do Argentyny.

Gdy więc młody Otto Katz bezinteresownie obdarzył Amerykę Północną i Południową firmą Katz i S-ka, znalazł się w sytuacji człowieka, który nie mając żadnych widoków na spadek, nie wie, gdzie by głowę skłonił, a przeto musi zabiegać o przejście do służby czynnej.

Ale przedtem obmyślił sobie Otto Katz wielce uroczystą rzecz. Kazał się ochrzcić. Nawrócił się do Chrystusa, żeby mu pomógł zrobić karierę. Nawrócił się do Niego z zaufaniem bezwzględnym, uważając to za sprawę czysto handlową między nim a Synem Bożym.

Chrzcili go uroczyście w klasztorze emauskim. Sam pater Alban polewał go wodą z chrzcielnicy. Widowisko było wspaniałe. Asystował przy nim pewien pobożny major z pułku, w którym Otto Katz służył, jakaś stara panna z Instytutu Szlachcianek na Hradczanach i pewien grubousty przedstawiciel konsystorza, który był chrzestnym ojcem.

Egzamin oficerski wypadł pomyślnie i nowy chrześcijanin Otto Katz pozostał w wojsku. Zrazu zdawało mu się, że wszystko pójdzie dobrze i chciał się nawet zapisać na kursy sztabowe.

Ale pewnego dnia upił się i poszedł do klasztoru: porzucił szablę i przywdział habit. Zwrócił się do arcybiskupa na Hradczanach i dostał się do seminarium. Przed swym wyświęceniem upił się jak bela w jednym bardzo przyzwoitym domu z obsługą damską w zaułku niedaleko ulicy Vejvody i prosto z wiru uciech i zabawy poszedł przyjąć święcenia.

Po wyświęceniu udał się do swego pułku z prośbą o protekcję, a gdy go mianowano kapelanem wojskowym, kupił sobie konia, odbywał przejażdżki po Pradze i uczestniczył we wszystkich birbantkach oficerów swego pułku.

W sieni domu, gdzie mieszkał, bardzo często odzywały się przekleństwa niezaspokojonych wierzycieli. Przyprowadzał sobie do mieszkania dziewczyny z ulicy albo posyłał po nie swego ordynansa. Bardzo lubił grywać w ferbla, a chociaż istniały pewne uzasadnione przypuszczenia, że nie trzyma się zbyt pedantycznie reguł gry, to jednak nikt nie zdołał mu udowodnić, że w obszernym rękawie swego płaszcza trzymał w pogotowiu przydatnego asa. W kołach oficerskich nazywali go świętym ojcem.

(…)

Otto Katz też żyje. Jest to postać kapelana polowego wzięta z rzeczywistości. Po przewrocie cisnął wszystko w kąt, wystąpił z Kościoła i jest dzisiaj prokurentem pewnej fabryki brązu i farb w Czechach północnych.

Napisał do mnie długi list, w którym grozi mi, że mnie nauczy moresu. Pewna gazeta niemiecka zamieściła mianowicie tłumaczenie rozdziału, w którym przedstawiony jest takim, jakim był rzeczywiście. Odwiedziłem go wtedy i wszystko zostało załatwione pomyślnie. O drugiej w nocy nie mógł utrzymać się na nogach, ale przemawiał jak kaznodzieja: „Ja jestem Otto Katz , kapelan polowy, wy łby gipsowe”.

 ( Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, t.I, str. 40 i 103)

Opis postaci Otto Katza może i nieco przesadzony, co jednak dziwić nie powinno ze względu na zamysł autora.

Trudno jednak podejrzewać o sarkazm dr Normana Finkelsteina.

Termin „ocalały z holokaustu” odnosił się pierwotnie do tych, którzy przeszli przez wyjątkowy koszmar żydowskich gett, obozów koncentracyjnych i obozów pracy niewolniczej, często w takiej właśnie kolejności.

Liczbę ocalałych z holokaustu, w chwili zakończenia wojny, szacuje się zazwyczaj na blisko 100 tysięcy. Do dziś żyje z nich zapewne nie więcej niż jedna czwarta. Ponieważ przetrwanie obozów stało się ukoronowaniem męczeństwa, wielu Żydów, którzy spędzili wojnę gdzie indziej, zaczęło się podawać za ocalałych z obozów. Ale krył się również za tym inny, ważny powód — materialny. Władze powojennych Niemiec wypłacały bowiem odszkodowania Żydom, którzy byli w gettach lub obozach. Wielu Żydów zmyśliło więc swą przeszłość, żeby zakwalifikować się do odszkodowań. „Jeżeli wszyscy, którzy twierdzą, że są ofiarami obozów, są nimi rzeczywiście, to kogo zabił Hitler„, oburzała się moja matka.

(…)

W ostatnich latach termin „ocalały z holokaustu” zmodyfikowano tak, by odnosił się nie tylko do tych, którzy przetrwali, lecz również do tych, którzy zdołali uniknąć hitlerowskich prześladowań. Obejmuje więc on, na przykład, ponad sto tysięcy polskich Żydów, którzy schronili się w Związku Radzieckim po napaści Niemiec na Polskę. Jak jednak zauważa historyk Leonard Dinnerstein, „ci, którzy żyli w Rosji, byli traktowani tak samo jak jej obywatele”, natomiast „ci, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne, wyglądali jak żywe trupy”. Jeden z autorów internetowej strony poświęconej holokaustowi utrzymywał, że chociaż sam spędził wojnę w Tel-Avivie, to jest ocalałym z holokaustu, ponieważ jego babka zginęła w Auschwitz. Według osądu Israela Gutmana, ocalałym z holokaustu jest Wiłkomirski, ponieważ jego „ból jest autentyczny”. Kancelaria premiera Izraela oszacowała ostatnio liczbę „żyjących jeszcze osób ocalałych z holokaustu” na prawie milion. I znów, nietrudno doszukać się przyczyny kryjącej się za tą inflacyjną korektą. Trudno byłoby bowiem domagać się nowych, ogromnych odszkodowań, gdyby żyła już tylko garstka ocalałych z holokaustu. Główni współpracownicy Wiłkomirskiego byli de facto, w taki czy inny sposób, zaangażowani w proceder zdobywania odszkodowań za holokaust. Jego dziecięca przyjaciółka z Auschwitz, „mała Laura”, wzięła odszkodowanie ze szwajcarskiego funduszu dla ofiar holokaustu, choć tak naprawdę była ona urodzoną w Ameryce wyznawczynią kultu satanistycznego. Z kolei izraelscy sponsorzy Wiłkomirskiego działali lub byli wspierani przez organizacje zajmujące się odszkodowaniami dla ofiar holokaustu.

To właśnie sprawa odszkodowań najlepiej odsłania kulisy „przedsiębiorstwa holokaust”. Jak już wiemy, sprzymierzone w czasie zimnej wojny ze Stanami Zjednoczonymi Niemcy zostały szybko zrehabilitowane, a hitlerowski holokaust poszedł w zapomnienie. Niemniej jednak Niemcy przystąpiły na początku lat pięćdziesiątych do negocjacji z żydowskimi organizacjami i podpisały porozumienia odszkodowawcze. Bez praktycznie żadnego nacisku z zewnątrz wypłaciły dotąd około 60 miliardów dolarów.

(Norman Finkelstein, Przedsiębiorstwo Holocaust, str. 30)

Dr Finkelstein opublikował ww. w 2000 roku.

A więc w ciągu 55 lat, jakie upłynęły od czasów zakończenia II wojny światowej liczba „ocalonych” wzrosła blisko 10-krotnie.

Aż strach pytać, o ile wzrosła w ciągu kolejnych 18 lat?

W tym kontekście opowieści Israela Katza o jego rodzicach, nazywanych „ocalonymi”, nabierają innego kształtu.

Katz senior miał być łotewskim Żydem, matka zaś pochodziła z Rumunii. Pamiętamy jednak, że na podstawie sławetnego paktu Ribbentrop- Mołotow nie tylko Polska utraciła niepodległość. Rok później utraciły ją także państwa bałtyckie – Litwa, Łotwa i Estonia, a także spora część Rumunii – część trafiła do sowieckiego imperium.

Na ziemiach wcielonych do Sowietów Żydzi czynnie wspierali nową władzę, do służby w NKWD włącznie.

Pamiętamy, że kraje wchodzące w skład imperium Stalina udzieliły pomocy wojskowej nowopowstałemu Izraelowi, a z ZSRR przysłano nawet oficerów Armii Czerwonej, deklarujących się jako Żydzi.

Stalin najwyraźniej chciał mieć na Bliskim Wschodzie przyczółek – co prawda na fladze widniałaby gwiazda Dawida, ale tło byłoby czerwone.

Izrael w latach późniejszych stał się azylem dla zbrodniarzy stalinowskich. Wystarczy wspomnieć kata ze Świętochłowic, Salomona Morela, niech pamięć jego będzie przeklęta!

Pamiętać również należy o tym, że fundamenty Izraela oparte są na niewyobrażalnym bestialstwie.

Zbrodnie i okrucieństwa żydowskie dokonane na cywilnej ludności palestyńskiej, wyspecyfikował inny historyk izraelski, Benny Morris, w swej książce pt. „The Birth of Palestinian Refugee Problem” i w drugiej: „1948 and After”. O wiele więcej można znaleźć w prasie zachodniej z doniesień Agencji Reutera z Palestyny w latach 1945 – 1948, dostępnych w bibliotekach zachodnich. (Tutaj – uwaga! W Polsce może być bardzo trudno znaleźć te informacje, bo ówczesna prasa PRL-owska, agencje informacyjne i wydawnictwa były całkowicie pod kontrolą żydowską). Ja tutaj ograniczę się tylko do przytoczenia paru przykładów takich informacji z tamtych czasów.

Jak już wspomniałem, dla oczyszczenia terenu z miejscowej ludności, Żydzi stosowali ślepy i dziki terror wobec miejscowej ludności cywilnej, siejąc swymi bestialskimi działaniami strach, zgrozę i panikę.

Terroryści żydowscy z IZL (Irgun Zvai le’umi M.Begina) bez ostrzeżenia rzucali bomby na targowiska arabskie i na ludzi czekających na przystankach autobusowych. Bandziory z Irgun’u dokonywali regularnie zbrojnych wypadów na wybrane przypadkowo wsie arabskie, mordując miejscową ludność bez wyjątku. Wyłapywali w jednej osadzie kobiety w zaawansowanej ciąży, przywiązywali je łańcuchami do do jeepów i ciągnęli przez ulice innej wsi przy akompaniamencie dzikich wrzasków, serii z karabinów maszynowych i wybuchów rzucanych na wszystkie strony granatów. Takich okrucieństw, przywiązywania ciężarnych kobiet łańcuchami do samochodów i włóczenia ich po ulicach, nie dopuszczali się ani naziści ani bolszewicy, którzy – owszem, też mordowali, ale nie znęcali się nad niewinnymi ofiarami, jak Żydzi w Palestynie czy galicyjscy Ukraińcy na Wołyniu. Nie ma się zatem co dziwić, że przy takich barbarzyńskich i dzikich ekscesach żydowskich, bezbronna ludność arabska wpadała w panikę i uciekała na śmierć i życie jak najdalej „od pijanych wariatów, którym dano do ręki karabiny maszynowe i bomby” – jak to określali tychże Żydów starzy Arabowie palestyńscy. Tu trzeba przyznać, że była to skuteczna metoda oczyszczania terenów z niepożądanej ludności. Ale czy była ludzka?!

https://wprawo.pl/2018/04/14/w-gauza-zydzi-i-izrael-maja-swoje-jedwabne/

Tymczasem w Polsce ciągle jeszcze próbuje się wykluczyć z przestrzeni publicznej mówienie prawdy o Żydach.

Niejaka profesorzyca Środzina pozwala sobie w reakcji na wyjątkowo prostacką wypowiedź p.o. ministra spraw zagranicznych Katza, by pouczać, że nie robimy nic, aby zahamować antysemityzm w Polsce.

Najwyraźniej zdaniem profesorzycy antysemityzmem jest brak zgody na miotanie pod adresem Polski i Polaków oszczerstw przez Żydów.

Ciekawe, czy jeśli zbluzgam Środzinę i jeszcze ją odpowiednio wyzwę, to zamiast podania mnie do sądu wzniesie oczy ku niebu i radośnie krzyknie: niech żyje wolność słowa! ?

Niestety, nie mogę wylegitymować się pochodzeniem dającym glejt na obrażanie innych, więc na 100% wylądowałbym w sądzie.

Mamy liczyć się z Izraelem, bo to przecież jest nasz sojusznik.

Tzn. potrzebujemy Izraela, bo grozi nam konflikt z Litwą? Białorusią? Prawie już upadłą Ukrainą? A może przeciw Polsce zbroją się Czesi? Jedyne zagrożenie, ale w dalszej przyszłości, może stanowić Islamska Republika Nadrenii i Palatynatu, powstająca na naszych oczach.

Na dzień dzisiejszy to nie nam zagrażają sąsiedzi, stukrotnie liczniejsi.

I to nie my padniemy w ciągu trzech, góra pięciu tygodni po tym, jak sponsor przestanie finansowo nas wspomagać.

Że to nie bajki przypomina wypowiedź Henry’ego Kissingera z 2012 roku:

Za 10 lat nie będzie już Izraela.

Póki co takich prognoz o Polsce nie formułuje nawet oPOzycja.

20.02 2019

Fotos z czechosłowackiego filmu Dobry wojak Szwejk w reżyserii Karela Steklý (1956).