Coraz częściej stykam się z opiniami, że PiS rozpoczął wojnę otwierając jednocześnie zbyt wiele frontów. Przecież PiS idąc do wyborów w swoim programie jasno artykułował, że celem przejęcia władzy jest „dobra zmiana”, której głównymi priorytetami będzie:

„Rodzina 500 plus”, zgodnie z projektem rodzice otrzymywaliby 500 zł miesięcznie na drugie i kolejne dziecko,  a w biedniejszych rodzinach, w których dochód jest niższy niż 800 zł na jedną osobę, 500 zł przysługiwałoby już na pierwsze dziecko.

Zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł,

Obniżenie wieku emerytalnego oraz wprowadzenie Narodowego Programu Zatrudnienia,

Opodatkowanie banków i sklepów wielkopowierzchniowych,

Gruntowny przegląd całego systemu emerytalnego,

Powrót do ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, egzaminy na studia oraz podstawy programowe stawiające na zdobywanie wiedzy, a nie kompetencji,

Po przejęciu władzy dodatkowo wyłonił się problem związany z brakiem obiektywizmu i zaufania do mediów publicznych i TK.

Większość glosujących odpowiada ten program, dlatego zagłosowali na PiS. Nowo powstały rząd premier B. Szydło przejmując władzę zaczął robić to, co zawsze robi każdy nowy rząd tzn. obsadził ministerstwa swoimi ministrami, a ci z kolei obsadzili je swoimi ludźmi. Każdy myślący obywatel zdaje sobie sprawę, że aby zrealizować wyznaczone cele należy wymienić kadry związane z byłą władzą. Bez tego nie uda się dokonać zmian. Gdy PO po przejęciu władzy wymieniała kadry, było to oczywistą oczywistością, gdy robi to PiS jest „zamachem na demokrację”.

Wielu komentatorów twierdzi, że zostało otworzonych jednocześnie zbyt wiele „frontów”. Ja natomiast uważam, że jest to kontynuacja ataków na PiS trwających nieprzerwanie od ośmiu lat. Nasiliły się one w trakcje kampanii wyborczej, a obecnie przybrały formę huraganowej agresji. Wynika to głównie z frustracji tych, którzy stracili władzę i nie mogą się z tym pogodzić. Na to nakłada się fakt, iż opcja, która wygrała wybory w wielu dziedzinach zmieniła dotychczasową politykę o 180 stopni, co u przegranych wywołuje furię. Nie mogą się pogodzić zwłaszcza z tym, że przecięta została indoktrynacja społeczeństwa ideami lewackimi, które przy pomocy gender chciało stworzyć inne społeczeństwo. Nie mogą również ścierpieć tego, że:

społeczeństwo uznało, iż gender to nie jest postęp, a najważniejsza jest rodzina,

do głosu został dopuszczony suweren, czyli naród,

nowa ekipa promuje patriotyzm, odbudowę tożsamości narodowej,

Polacy chcą Polski zasobnej, liczącej się w świecie, a nie bycia europejskim popychadłem.

Dlatego robią wszystko by zdestabilizować sytuację w kraju i obalić rząd. Uważając, że wszelkie chwyty są dozwolone, posuwają się do manipulacji. Tak było, gdy J. Kaczyński, w jednym z wywiadów odwołując się do historii, stwierdził, że w naszym kraju „nawyk donoszenia na Polskę za granicę” i „fatalna tradycja zdrady narodowej” tkwią „w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków”. Monika Olejnik natychmiast ogłosiła: „w TV Republika prezes Kaczyński powiedział, że ci, co protestują, to najgorszy sort Polaków”.

W Sejmie jeden z dziennikarzy zaczepił J. Kaczyńskiego i spytał go o te słowa. Odpowiadając mu pan Jarosław użył porównania: „Czy według pana współpracownicy gestapo i AK-owcy to ten sam sort ludzi?”. Od razu zaczęto stawiać J. Kaczyńskiemu zarzuty, że „współpracę z policją polityczną III Rzeszy zarzuca wszystkim, którzy się z nim nie zgadzają”.

Gdy min. Witold Waszczykowski podczas wywiadu dla Reutera zaznaczył, że „nie protestowałby wobec obniżenia świadczeń socjalnych dla Polaków tylko w przypadku, gdyby rząd w Londynie zdecydował się na ich obniżenie także dla wszystkich Brytyjczyków”

Polskie środki przekazu relacjonowały, że minister W. Waszczykowski zadeklarował: „Polska będzie otwarta na kompromis z Wielką Brytanią w sprawie ograniczeń świadczeń dla imigrantów w zamian za poparcie Londynu dla zwiększenia obecności NATO w Europie Środkowej”.

Te zmanipulowane wypowiedzi grzane zawsze są do znudzenia, natomiast nigdy ani słowem środki przekazu nie odniosły się do informacji, jaką podał w październiku 2014 roku brytyjski dziennik „The Sunday Telegraph”, w której ujawnił zawarty układ między premierem Donaldem Tuskiem a premierem Davidem Cameronem. W zamian za poparcie brytyjskiego rządu dla jego kandydatury na stanowisko przewodniczącego Rady Unii Europejskiej szef PO miał zgodzić się na wprowadzenie w Wielkiej Brytanii dalszych ogra­niczeń dostępu imigrantów z krajów UE, w tym Polaków, do po­wszechnych świadczeń socjalnych (chodziło o reformę unijnej dyrektywy z 2004 r., tak, aby można było skrócić do sześciu miesięcy okres wypłaty imigrantom zasiłków dla bezrobotnych, wydłużyć do trzech miesięcy pobyt potrzebny do rozpoczęcia wypłaty świadczeń, a także ograniczyć dodatkowe przywileje, np. dopłaty do mieszkań socjalnych czy subwencje dla dzieci). Główne środkom przekazu nie są zainteresowane by obywatele dowiedzieli się, prawdy o premierze Polski D. Tusku, który dla własnej kariery sprzedał interesy setki tysięcy polskich imigrantów.

Zmowa milczenia zapadła również po ujawnieniu nagrania G. Schetyny, w który stwierdził, że będzie używał UE do nacisków na rząd polski i nie wyklucza wyprowadzenie na ulice miliona protestujących. Nie są to słowa bez pokrycia, skoro Komisja Europejska przeprowadzi 13 stycznia debatę na temat praworządności w Polsce. Nieważne, że bezpodstawnie plując na PiS niszczy się wizerunek kraju. Najważniejsze by dowalić znienawidzonemu przeciwnikowi politycznemu.

To nie rząd PiS-u otworzył zbyt wiele frontów. Opozycji i siłom za nią stojącym nie chodzi o „obronę demokracji”, „dobro Polaków i Polski”. Każdy pretekst jest dobry by uderzyć w znienawidzony rząd, wywołać niepokoje społeczne i chaos, a tym samym  nie dopuścić do realizacji programu PiS-u, którym jest projekt gruntownej naprawy państwa. Nawet gdyby rząd, B. Szydło nic nie robił, to i tak byłby zwalczany z racji tego, że nie jest to rząd PO.

Dlatego niezbędne są zmiany w mediach publicznych, tak by nie dochodziło w nich do manipulacji informacjami, a jeżeli dochodzi do nich w innych środkach przekazu to, by dzięki nim, była możliwość natychmiastowego pokazywania społeczeństwu prawdy.

Liliana Borodziuk