Hałas, brak miejsca i zmieniający się co dwie, trzy godziny opiekun, który musi zajmować się nawet sześćdziesiątką dzieci równocześnie – w takich warunkach pierwszaki spędzają czas na szkolnych świetlicach.

1 września w szkolnych ławkach po raz pierwszy zasiadło ponad 600 tys. uczniów. To sześciolatki, siedmiolatki urodzone w drugiej połowie 2008 roku oraz blisko 20 proc. dzieci, które w zeszłym roku miały pójść do szkoły, ale zostały odroczone. Zdecydowaną większość tegorocznych pierwszoklasistów stanowią dzieci sześcioletnie, które musiały zetknąć się ze szkolną rzeczywistością – chaosem, ułożonymi w pośpiechu planami lekcji, a przede wszystkim ze zmianowością. Sytuacje, w których uczniowie zaczynają naukę w południe i kończą późnym popołudniem dawniej należały do wyjątków, obecnie stają się normą. Przykładem może być jedna z tyskich podstawówek, gdzie uczniowie klasy pierwszej aż trzy razy w tygodniu rozpoczynają lekcje o godz. 11.25 lub 12.30. Najpóźniej kończą zajęcia o godz. 16.40. – Dyrekcja zapewnia nas, że jest to plan tymczasowy, ale nie wiemy, jak długo ta tymczasowość potrwa. Rodzice są niezadowoleni, że dzieci spędzają całe popołudnia w szkole – mówi matka jednego z uczniów.

Poczekalnia, a nie świetlica
Lesław Ordon, przewodniczący Regionalnego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ Solidarność przypomina, że Solidarność wielokrotnie wskazywała na nieprzygotowanie szkół do przyjęcia takiej liczby uczniów, jaka w tym roku rozpoczęła naukę. – MEN było głuche na nasze argumenty, a teraz okazuje się, że dla dzieci brakuje miejsca, bo szkoły są przepełnione – mówi Ordon. Jego zdaniem ten problem najbardziej widoczny jest na świetlicach, czyli w miejscach, w których uczniowie powinni odpocząć, pobawić się i odrobić lekcje. Teoretycznie, bo praktycznie bardzo często zamieniają się one w poczekalnie, w których dzieci czekają jedynie na powrót rodziców z pracy. – Byłoby inaczej, gdyby wprowadzone zostały standardy dotyczące np. kubatury świetlic i liczby dzieci w grupach świetlicowych, o co Solidarność również zwracała się do MEN – dodaje przewodniczący. Brak takich norm sprawia, że to właśnie świetlice w pierwszej kolejności stają się przedmiotem oszczędności ze strony niedofinansowanych samorządów, co w połączeniu ze zwiększoną liczbą pierwszaków, prowadzi do absurdów.

Brakuje miejsc, jest ciasno
Bardzo często zdarza się, że w jednym, w dodatku niewielkim pomieszczeniu równocześnie przebywa 60 uczniów, a na każdego z nich przypada powierzchnia mniejsza od 1 metra kwadratowego. W takiej sytuacji nauczyciel zamiast zająć się pomaganiem dzieciom w odrabianiu lekcji, musi skupić całą swoją uwagę na pilnowaniu, żeby nic złego im się nie stało. Idealnym rozwiązaniem byłoby udostępnienie dzieciom dwóch świetlic – jednej do zabawy, drugiej do odrabiania lekcji. Jednak o tym i rodzice, i uczniowie mogą tylko pomarzyć, bo jak na razie część szkół nie wywiązała się z obowiązku przygotowania osobnych pomieszczeń dla młodszych i starszych dzieci. Zamiast tego np. jedna z sosnowieckich podstawówek nie wpuściła na świetlicę uczniów klas czwartych, chociaż część z nich rozpoczęła naukę jako sześciolatki. Inne szkoły przyjmują na świetlice tylko te dzieci, również z klas I-III, których oboje rodzice pracują, co musi zostać potwierdzone pieczątkami z zakładów pracy.

Dla pracujących rodziców, zwłaszcza poza miejscem zamieszkania, najtrudniejszą sprawą jest dostosowanie godzin pracy i możliwości zaprowadzania i odbierania dziecka do godzin otwarcia świetlic. A te są różne, bo w tym zakresie także nie obowiązują standardy. Najczęściej świetlice są czynne od godz. 7.30 do 16.00 lub 16.30. Mało które rozpoczynają pracę o godz. 7.00, a jeszcze rzadziej są zamykane o 17.00.

Uzupełnienie etatu
Problemem, może nawet poważniejszym niż zbyt małe pomieszczenia, jest brak nauczycieli świetlicowych. Większość z nich w ostatnich latach została zwolniona, a ich obowiązki przejęli „przedmiotowcy” w ramach tzw. „godzin karcianych”. Nauczycielom dołożono do etatu dwie dodatkowe godziny tygodniowo i najczęściej są one realizowane właśnie na świetlicach. W praktyce oznacza to, że dziećmi, które na nich przebywają, co chwilę zajmuje się inna osoba. Taka rotacja, zdaniem Lesława Ordona, w przypadku najmłodszych uczniów nie jest wskazana. Sześciolatki potrzebują poczucia stabilizacji, którego zmieniający się często opiekun nie jest w stanie im zapewnić.

Agnieszka Konieczny –Region Śląsko-Dąbrowski NSZZ Solidarność
źródło foto:pixabay.com